26.03.2026, 11:56 ✶
Poruszanie się w meandrach ministerialnych struktur było szalenie ważną umiejętnością. Niezbędną jeśli planowało się w tym miejscu doczekać ciepłej państwowej emerytury, a przy tym nie dorobić się wypalenia zawodowego czy nerwicy. Nie można było zaprzeczyć, że jakimś cudem Louvain znalazł się w dobrym miejscu i czasie z kimś, z kim mógł odnaleźć zdawałoby się wspólnych poglądowych punktów zaczepienia. W dodatku ten ktoś znalazł w sobie chęć wyrwania młodziaka z bezużytecznego departamentu i wpuszczenia go na głębokie wody. To była raczej domena Departamentu Tajemnic, żeby pożerać najlepszych.
Nie zrobiłaby tego, gdyby nie wierzyła, że Lestrange ma w sobie dryg do polityki i może się przydać. Bo przecież, jeśli potrzebowała kogoś do porządkowania papierów i pisania aneksów, mogła wziąć pierwszego lepszego stażystę. Oni mieli za sobą lata wkuwania historii prawa magicznego i sądowej administracji, wiedzieli co w jakie rubryczki wpisywać, do jakich drzwi zastukać, jak kogo tytułować i ile łyżeczek cukru dosypują do herbaty poszczególni sędziowie. Louvain nie był tutaj żeby podawać kawę czy pilnować jej kalendarza. Był tutaj, bo potrzebowała mieć przy sobie kogoś bardziej ambitnego niż mugolak Harry. Może kogoś kto spojrzy na zakonserwowaną kadrę Wizengamotu i wytłumaczy jej dlaczego to przestało działać. Bo nic nie frustrowało pani Mulciber bardziej niż to, że promugolskie głosy i stronnictwa stawały się coraz silniejsze w jej własnej piaskownicy.
Czy dokumentacja, którą Louvain trzymał w dłoniach była jej prywatną vendettą? Oczywiście. Choć zapytana stwierdziłaby, że “nie ma znaczenia jaki sędzia został zaatakowany”, to przecież nie wydawała się tak przejęta swoim kuzynem, któremu niemagiczny przywalił z liścia w Atrium. Ale czy to miało znaczenie, że jego szefowa jest wkurwiająco wręcz małostkową osobą, skoro z pewnością planował być idealnym, oddanym pracownikiem? Pokładała w nim przecież tyle wiary! Widziały na kolacji gały co brały, to teraz się chłopie z charakternym i upartym liliputem męcz. Nikt nie powiedział, że będzie łatwo.
Gdy Louvain zapoznawał się z dokumentacją, Lorien krążyła po gabinecie, zbierając z półek niezbędne kodeksy i stare akta. Nie przerywała mu, kiedy szukał niuansów czy potencjalnych kruczków w notatkach zapisanych równym pismem pana Moody’ego. W końcu jednak zasiadła za swoim biurkiem. Jeśli chciał mógł usiąść naprzeciw niej, albo mógł zająć miejsce na swoim nowiutkim fotelu. Gabinet był na tyle nieduży, że nawet wtedy mogli nadal komfortowo rozmawiać.
- Wiem tyle co pan.- Odpowiedziała na pytanie o dowody. Skinęła głową w stronę akt, jasno dając do zrozumienia, że cała wiedza jest w jego rękach. Może i coś tam Aaron szepnął do uszka o przemilczanych w raporcie faktach, gdy jej opowiadał o tym, że “oskarżony stawiał czynny opór wobec podejmowanych czynności, w związku z czym zastosowano środki przymusu bezpośredniego celem jego obezwładnienia przed doprowadzeniem do sali przesłuchań w Ministerstwie”, ale nawet jeśli tak było, to pani Mulciber milczała.- Jeśli aurorzy mają coś nowego, podzielą się tym z nami na rozprawie.
Przekręciła głowę w stronę Louvaina, patrząc na niego nieco uważniej, gdy rzucił kolejny pomysł. Problem był taki, że większość pochwyconych siedziała w Azkabanie, co czyniło ich zeznania szalenie niewiarygodnymi. Sprzedaliby własną matkę, żeby się wyrwać, ale… czy to rzeczywiście był aż taki problem, w tym przypadku?
- Moglibyśmy.- Powiedziała ostrożnie, wyraźnie zastanawiając się kogo ewentualnie użyć do pogrążenia tego nieszczęsnego mężczyzny, który pewnie nawet nie był śmierciożercą, tylko szalenie nieszczęśliwym człowiekiem, który postanowił wykorzystać chaos. A teraz płacił cenę swojego wyskoku.- Mugole mają w swoim słowniku legislacyjnym pojęcie “świadka koronnego”. Wyłapują najsłabsze ogniwa w siatkach przestępczych, łamią ich i składają propozycję nie do odrzucenia. Pomóż nam pochwycić większe rybki od siebie, a my oczyścimy cię z zarzutów i będziesz chodzić wolno. Kuszące. Przyjąłby pan taką propozycję? - Zapytała nagle.- Ja bym chyba nie zaryzykowała.- Odpowiedziała natychmiast sama sobie. Nie było w jej pytaniu żadnych podtekstów w stronę Lestrange’a, bo kto by podejrzewał o cokolwiek pięknego chłoptasia co to dopiero z miotły zszedł, prawda? Na pewno nie Lorien.
Uznała, że to ściąganie poważnych przestępców z magicznych zakładów karnych zostawią sobie na ewentualną powtórkę. Tak na wszelki wypadek, gdyby im się teraz oskarżony wymknął. Małe szanse, skoro jego ofiara doskonale pamiętała co się stało w z 8. na 9. września, ale... ciekawe z czego by się zaczęli spowiadać, teraz gdy dementorzy już się dobrali do ich umysłów.
- Wiele zła działo się tamtej nocy. - Stwierdziła, myślami wciąż błądząc przy spalonej nocy. Minął niemal miesiąc, a Ministerstwo wciąż biegało jak kurwa z urżniętą głową. Na ślepo. Wizengamot jeszcze nigdy nie był tak podzielony jak teraz.- Naszą rolą jako sądu jest to “zło” odsiać, zamknąć na Morzu Północnym, a klucz do celi wyrzucić. Ale zło ma bardzo szeroką definicję i szalenie mało precedensów. Korolev jest sądzony za swoją głupotę i zapewniam pana to nie odosobniony przypadek. A innych, choćby pokazali dumnie piętna zła na swoich ciałach, puścimy wolno - nikt jeszcze nie zgnił w Azkabanie za ideę.- Westchnęła nieco może zbyt ostentacyjnie niż zamierzała.- Lubi pan historię, panie Lestrange?
Nie zrobiłaby tego, gdyby nie wierzyła, że Lestrange ma w sobie dryg do polityki i może się przydać. Bo przecież, jeśli potrzebowała kogoś do porządkowania papierów i pisania aneksów, mogła wziąć pierwszego lepszego stażystę. Oni mieli za sobą lata wkuwania historii prawa magicznego i sądowej administracji, wiedzieli co w jakie rubryczki wpisywać, do jakich drzwi zastukać, jak kogo tytułować i ile łyżeczek cukru dosypują do herbaty poszczególni sędziowie. Louvain nie był tutaj żeby podawać kawę czy pilnować jej kalendarza. Był tutaj, bo potrzebowała mieć przy sobie kogoś bardziej ambitnego niż mugolak Harry. Może kogoś kto spojrzy na zakonserwowaną kadrę Wizengamotu i wytłumaczy jej dlaczego to przestało działać. Bo nic nie frustrowało pani Mulciber bardziej niż to, że promugolskie głosy i stronnictwa stawały się coraz silniejsze w jej własnej piaskownicy.
Czy dokumentacja, którą Louvain trzymał w dłoniach była jej prywatną vendettą? Oczywiście. Choć zapytana stwierdziłaby, że “nie ma znaczenia jaki sędzia został zaatakowany”, to przecież nie wydawała się tak przejęta swoim kuzynem, któremu niemagiczny przywalił z liścia w Atrium. Ale czy to miało znaczenie, że jego szefowa jest wkurwiająco wręcz małostkową osobą, skoro z pewnością planował być idealnym, oddanym pracownikiem? Pokładała w nim przecież tyle wiary! Widziały na kolacji gały co brały, to teraz się chłopie z charakternym i upartym liliputem męcz. Nikt nie powiedział, że będzie łatwo.
Gdy Louvain zapoznawał się z dokumentacją, Lorien krążyła po gabinecie, zbierając z półek niezbędne kodeksy i stare akta. Nie przerywała mu, kiedy szukał niuansów czy potencjalnych kruczków w notatkach zapisanych równym pismem pana Moody’ego. W końcu jednak zasiadła za swoim biurkiem. Jeśli chciał mógł usiąść naprzeciw niej, albo mógł zająć miejsce na swoim nowiutkim fotelu. Gabinet był na tyle nieduży, że nawet wtedy mogli nadal komfortowo rozmawiać.
- Wiem tyle co pan.- Odpowiedziała na pytanie o dowody. Skinęła głową w stronę akt, jasno dając do zrozumienia, że cała wiedza jest w jego rękach. Może i coś tam Aaron szepnął do uszka o przemilczanych w raporcie faktach, gdy jej opowiadał o tym, że “oskarżony stawiał czynny opór wobec podejmowanych czynności, w związku z czym zastosowano środki przymusu bezpośredniego celem jego obezwładnienia przed doprowadzeniem do sali przesłuchań w Ministerstwie”, ale nawet jeśli tak było, to pani Mulciber milczała.- Jeśli aurorzy mają coś nowego, podzielą się tym z nami na rozprawie.
Przekręciła głowę w stronę Louvaina, patrząc na niego nieco uważniej, gdy rzucił kolejny pomysł. Problem był taki, że większość pochwyconych siedziała w Azkabanie, co czyniło ich zeznania szalenie niewiarygodnymi. Sprzedaliby własną matkę, żeby się wyrwać, ale… czy to rzeczywiście był aż taki problem, w tym przypadku?
- Moglibyśmy.- Powiedziała ostrożnie, wyraźnie zastanawiając się kogo ewentualnie użyć do pogrążenia tego nieszczęsnego mężczyzny, który pewnie nawet nie był śmierciożercą, tylko szalenie nieszczęśliwym człowiekiem, który postanowił wykorzystać chaos. A teraz płacił cenę swojego wyskoku.- Mugole mają w swoim słowniku legislacyjnym pojęcie “świadka koronnego”. Wyłapują najsłabsze ogniwa w siatkach przestępczych, łamią ich i składają propozycję nie do odrzucenia. Pomóż nam pochwycić większe rybki od siebie, a my oczyścimy cię z zarzutów i będziesz chodzić wolno. Kuszące. Przyjąłby pan taką propozycję? - Zapytała nagle.- Ja bym chyba nie zaryzykowała.- Odpowiedziała natychmiast sama sobie. Nie było w jej pytaniu żadnych podtekstów w stronę Lestrange’a, bo kto by podejrzewał o cokolwiek pięknego chłoptasia co to dopiero z miotły zszedł, prawda? Na pewno nie Lorien.
Uznała, że to ściąganie poważnych przestępców z magicznych zakładów karnych zostawią sobie na ewentualną powtórkę. Tak na wszelki wypadek, gdyby im się teraz oskarżony wymknął. Małe szanse, skoro jego ofiara doskonale pamiętała co się stało w z 8. na 9. września, ale... ciekawe z czego by się zaczęli spowiadać, teraz gdy dementorzy już się dobrali do ich umysłów.
- Wiele zła działo się tamtej nocy. - Stwierdziła, myślami wciąż błądząc przy spalonej nocy. Minął niemal miesiąc, a Ministerstwo wciąż biegało jak kurwa z urżniętą głową. Na ślepo. Wizengamot jeszcze nigdy nie był tak podzielony jak teraz.- Naszą rolą jako sądu jest to “zło” odsiać, zamknąć na Morzu Północnym, a klucz do celi wyrzucić. Ale zło ma bardzo szeroką definicję i szalenie mało precedensów. Korolev jest sądzony za swoją głupotę i zapewniam pana to nie odosobniony przypadek. A innych, choćby pokazali dumnie piętna zła na swoich ciałach, puścimy wolno - nikt jeszcze nie zgnił w Azkabanie za ideę.- Westchnęła nieco może zbyt ostentacyjnie niż zamierzała.- Lubi pan historię, panie Lestrange?