Victoria przyszła do Christophera z popękanym jajkiem-szyszką, z którego „sączyła” się żywica i kupą liści, żeby nie myślał sobie, że go oszukała i szyszka była faktyczną szyszką, a ona jak z rękawa wyczarowała ptaszka – nie. Jajo popękało już całkiem na oczach Chrostophera a efekt teraz siedział w klatce; pisklak jak to pisklak – mały, jeszcze nie opierzony w ten docelowy sposób, tylko w jakiś taki lekki puszek, popiskiwał sobie cicho, nawet jeśli teraz spoczywał sobie w klatce pośród tych wszystkich liści, które Victoria ze sobą zabrała. To na pewien sposób był naprawdę osobliwy widok: wysoki młodzian w markowym płaszczu, a w klatce taki mikrusek, a do tego wszystkiego ciemnooka wiedziała, że Chris nie miał doświadczenia ze zwierzakami… ale było to na swój sposób urocze, to jak starał się zapewnić klatce stabilność podczas tej przechadzki.
Niedługo wcześniej Lestrange zdążyła opowiedzieć mu o tym, że zaczęła czytać tę książkę, którą kupiła gdy byli razem w Wenecji, swoje pierwsze przemyślenia na ten temat i nim temat płynnie im się zmienił na najnowszą kolekcję… Cóż. Rosier miał ręce zajęte, ale Victoria nie i miała przy tym dość dobrze wyszkolone odruchy, jej różdżka znalazła się więc w ręku w mgnieniu oka, gdy tylko dotarł do nich ten złowieszczy śmiech. Nie zjeżył on włosów na karku, a przynajmniej nie Victorii, raczej stała się czujna, bo jej ostatnie doświadczenia z istotą, która potrafiła się tak śmiać skończyły się… cóż. Skończyły się egzorcyzmami w środku nocy przy otworzonym oknie i darciem się tego cholernego poltergeista, a potem usłyszała na swój temat kilka bardzo dziwnych plotek, w stylu że odprawia po nocach jakieś rytuały. Ale nie zdążyła zareagować bardziej niż to wyciągnięcie różdżki – bo upiór pojawił się nagle obok i potem… stało się coś.
I już go nie było.
Victoria słyszała o tym, że w magicznych dzielnicach kręci się pewien złośliwy poltergeist, którego jak dotąd żaden egzorcysta nie zlokalizował, by się go pozbyć, więc jakoś w odruchu spojrzała czy przypadkiem coś się nie zmieniło w Christopherze, z ulgą przyjęła, że nie zmienił się nagle w kobietę, potem spojrzała po sobie… również bez zmian, a potem po prostu wpatrzyła się w uliczkę.
– Poltergeist – mruknęła pod nosem w odpowiedzi i westchnęła. – Słyszałam już, że kręci się i robi ludziom psikusy, a nikt nie wie chyba jak go dorwać i przepędzić, ale nigdy wcześniej go nie spotkałam – spojrzała z powrotem na Chrisa. – Ale chyba nic nam nie zrobił… No, nadal wyglądasz jak ty, a ja…? – i skoro nic się nie zmieniło to to ją trochę zmartwiło: bo przynajmniej wiedzieliby co im wywinął. Jakoś nie chciało jej się wierzyć, że po prostu zrobił sobie niebieskie światełko i zwiał, zanosząc się śmiechem. One nie zostawiały ludzi ot tak, chyba że się ich bały. A potem spojrzała na małego ptaszka w klatce, by się upewnić, czy maluszkowi nic nie było – ale chyba nie, wyglądał ciągle tak samo. – Ostatni z jakim miałam do czynienia przez kilka tygodni mieszał mi w głowie, ale ten się chyba ulotnił… cokolwiek zrobił – chyba że nie zrobił nic i to właśnie była część żartu: żeby się teraz głowili i zastanawiali.