• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Bliskie Okolice Londynu Stadion Quidditcha [18.09.1972] Arka Gdynia kurw... a nie, to chyba nie to.

[18.09.1972] Arka Gdynia kurw... a nie, to chyba nie to.
Dama z gramofonem
And the violence, caused silence
Who are we mistaken?
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#4
27.03.2026, 23:42  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.03.2026, 23:43 przez Lorien Mulciber.)  
Wbrew pozorom pani Mulciber, podobnie pewnie jak większość czystokrwistych dam w jej wieku, nie miała jakichś wielkich doświadczeń z randkowaniem. Jasne był Hati Grayback, ale to było w szkole. Wtedy po cichu, żeby nie wywołać skandalu, chodziło się za szklarnie albo do zakazanego lasu. Tylko trzeba było uważać na centaury, bo lubiły donosić na całujących się po krzakach nastolatków. Ewentualnie zostawało Hogsmeade. Nastoletnie miłostki były tylko nastoletnimi miłostkami. Gdy dorosła nie było zbyt wiele okazji do takich… mniej biznesowych spotkań. Czy proszone kolacje można było uznać za randki? Wyjścia do teatru, opery? Spotkania przy winie z Anthonym? Nie. Nawet oświadczyny były tylko koleżeńską przysługą.
Czy którekolwiek spotkanie z Robertem było tak naprawdę randką, skoro od samego początku wiedzieli czego chcą?
Ale na randki nie chodziło się na mecze Quidditcha. To wiedziała każda dziewczyna. Na randki chodziło się w miejsca, które nie cuchnęły potem i tanim żarciem na wynos.

Skoro jednak to nie była randka, sam widok Aarona pomiędzy tłoczącymi się na mecz czarodziejami i czarownicami, sprawił, że jakiś dziwny ciężar spadł jej z ramion? Czy gdyby zdecydował się nie pojawić to z przekory kupiłaby najlepsze możliwe bilety, przesiedziała obrażona cały mecz, a potem bardzo dokładnie opisała mu w liście co przegapił? Tak. Ale czuła, że przyjdzie. Jeśli nie dla niej to dla zjednoczonych z Puddlemere.

Spojrzała na niego znad swoich ciemnych okularów, wodząc wzrokiem po gładko ogolonej twarzy. Pierwszym odruchem zawsze było uniesienie dłoni do ucałowania; robiła to z przyzwyczajenia witana tak niemal od dziecka. Dziewczynka stawała się nastolatką, nastolatka dorosłą kobietą, którą całowano w grzbiet wyciągniętej dłoni. Przytrzymał ją odrobinę dłużej - pozwoliła mu, czując dziwną potrzebę bycia blisko. Jakby ten prosty gest przywitania był przystawką po bardzo długim oczekiwaniu, bo choć posiłek był zbyt mały to cieszył zmysły. Jego dłoń była ciepła, a usta, które musnęły jej skórę, szorstkie. Przez moment miała wrażenie, że ich oddechy się zsynchronizowały, ale szybko odtrąciła od siebie tą myśl.
Poczekała aż puści jej dłoń. Cofnęła ją powoli. Każdy ruch Lorien zdawał się być uważny, niemal wyćwiczony, a sama czarownica bardziej… “obecna” niż zazwyczaj. Była i myślą i ciałem tu i teraz, z nim.
Obserwował ją.
Czuła to ale nie uciekała spod aurorskiego spojrzenia. Niby dokąd? Niby po co? Czy mam opróżnić kieszenie, panie Moody? Chciała zażartować. Powstrzymała się. Mógł oglądać jej szatę, przyglądać się pelerynce, zastanawiać się nad ozdobami połyskującymi w kruczoczarnych włosach.
Odebrała mu tylko jeden przywilej. Lorien docisnęła mocniej na nosie swoje okulary przeciwsłoneczne, zrywając kontakt wzrokowy. Nie chciała, żeby dostrzegł to coś co się w nich ostatnio zagnieździło.

Uniosła rozbawiona brwi, gdy opowiedział o swojej tradycji.
Znała pewną młodą dziewczynę, która stwierdziłaby, że pan Aaron dokonuje tym wyboru poety. Bo przecież któż mógł wiedzieć kto i kiedy oberwie tłuczkiem podczas meczu? Bogactwo leżało na wyciągnięcie ręki, zależne tylko od łutu szczęścia lub przekupionego pałkarza przeciwników. Czy i dzisiaj wręczono komu trzeba łapówkę?
Wolałabyś?
Przekrzywiła głowę zaintrygowana nagłą zmianą. Dziwny był to gest, szalenie nieludzki, choć przecież nie robiła z pozoru nic nienaturalnego. Po prostu rozważała obie opcje.
Wolałaby pani?
To w końcu jak? Ujęła go pod ramię, przysuwając się bliżej. Nieświadomie wsparła większość ciężaru ciała na ramieniu czarodzieja.
- Nie mogłabym Cię… pana osądzać. Moja rodzina znana jest z tego, że lubuje się w wyścigach konnych, a i mi nie są one obce.- Odpowiedziała spokojnie, skinieniem głowy wskazując, że chciałaby coś obstawić. W końcu wszystko szło na cele charytatywne, prawda?

Stoisko bukmacherskie nie wyróżniało się niczym szczególnym, a jednak przyciągało ją w sposób, którego nie potrafiła zignorować. Miało swój znajomy urok, charakterystyczny półmrok pod rozciągniętym baldachimem, kontrastujący z agresywnym światłem salonu. Zatrzymali się z boku, z dala od kolejki pełnej podekscytowanych czarodziejów. Ci ściskali w garści kupony, szeptali między sobą nazwiska zawodników, dyskutowali o ich formie, obstawiali potencjalne wyniki. Ile do ilu. Kto spadnie z miotły. Kto złapie znicz. Kto pójdzie dalej, a kto wróci do domu z goryczą porażki w ustach.
Skinęła dłonią na młodziutkiego Prewetta. Znała go. On znał ją. W końcu co w rodzinie to nie zginie, prawda? Prewettowie traktowali stare porzekadło szalenie poważnie, gdy chodziło o pieniądze. Chłopak niby dopiero się wprawiał w zawodzie, a jednak ewidentnie miał do tego smykałkę. Wiedział z jakimi graczami rozmawiać najlepiej - kto jest na tyle bogaty, żeby rozmowa z nim miała jakikolwiek sens. A najlepiej zawsze rozmawiało się z rodzinką.
- No proszę, proszę.- Zarechotał czarodziej, podchodząc bliżej. Oparł się wygodnie o drewniany blat. Niczym domorosły krupier przerzucał z ręki do ręki garść żetonów. Wyszczerzył się.- Za pięć minut kończymy przyjmować zakłady. Więc jeśli szanowna pani starsza - wyszczerzył zęby, a Lorien przewróciła aż oczami na bezczelność kuzyniątka. Gówniarz zerwał się z Hogwartu i myślał, że zacznie rządzić całym światem. Niech no zaczeka, już ona napisze do jego matki jak się do rodziny odnosi...- już obmyśliła co obstawia to mówić, mówić. Charytatywny mecz, emocje, tłum i taka dama.. To aż się prosi, żeby grać wysoko.
Zerknął znacząco na Moody’ego, ale nawet jeśli rozpoznał w nim aurora, to nawet brewka mu nie drgnęła. Byli tu legalnie, wszystko podbite i opłacone. Nie miały się do czego służby przypierdolić nawet jeśli chciały.

Ku zapewne wielkiemu cierpieniu Aarona, który nawet próbował jej wytłumaczyć kto jest z jakiej drużyny i co miało sens obstawić, Lorien uznała, że na pewno pierwszy zleci z miotły ten o… najzabawniejszym nazwisku.
Prawdziwy wybór poety.
Rzuciła na blat swój bardzo sowity czek. Czekając nieco znudzona aż Moody się zdecyduje jakiego kandydata na frajera meczu wybrać, położyła jeszcze trochę pieniędzy na te bardziej prawdopodobne rzeczy. W końcu jeśli mogła coś ugrać...
Jej wzrok błądził po magicznej tablicy. Cyfry, stawki i procenty zmieniały się co chwila, aktualizując na bieżąco potencjalne zyski i straty. Obserwowała je uważnie, udając, że słucha przy okazji paplającego kuzyna. Ale nie na jego reakcję czekała. Zawiesiła pióro nad pergaminem, stalówka wisiała nad kartką. Lorien czekała. Niby nic, niby prosta decyzja jaki wynik obstawić. Liczby przeskoczyły, kursy zmieniły się o ułamki swojej wartości, nazwiska przesunęły o jedno miejsce. Przez chwilę nic się nie działo. A potem - niemal niedostrzegalnie - jedno nazwisk zamigotało. 7. O’Sullivan.  Raz. Drugi. Mechanizm w tablicy nie zaskoczył od razu. Wkradł się mały błąd. Ktoś obok nich zaklął pod nosem, zirytowany opóźnieniem. Inni pewnie nawet nie zauważyli. Spojrzała w bok - Theodore Prewett nie patrzył na nią. Nie patrzył w sumie na nikogo.
Oczy miał wbite tablicę, którą cały czas zaklinał. Jaki Prewett pozwoliłby sobie na błąd w tak ważnym dniu?
Natychmiast wpisała dwa punkty przy nazwisku, które się tak nieszczęśliwie zacięło. Szkoda, że gość był chyba z tej drugiej drużyny, której mieli nie kibicować.

Odeszli od stoiska bez oglądania się za siebie.
Wszystko - żetony, liczby, szemrane układy - przestawały mieć jakiekolwiek znaczenie, gdy odkładało się pióra a galeony lądowały w kasetce. Ujęła znów pana Moody’ego pod ramię. Lepiej znał to miejsce od niej, więc pozwoliła się przeprowadzić przez bramki, a potem kierować w stronę przysługującej im loży.
W końcu zajęli przysługujące im miejsca. Idealnie, by obejrzeć wlot obu drużyn na boisko. Lorien zdjęła okulary dopiero, gdy usiedli. Cały czas wachlowała się leniwie skasowanymi biletami.
- Ten z siódemką.- Rzuciła mimochodem, gdy pierwsze sylwetki graczy zaczęły wyłaniać się z tuneli. Ścigający gargulców z Gródka przeleciał wystarczająco blisko by dostrzec nazwisko na jego koszulce. Mac O’Sullivan. - Wygląda jakby miał dobry dzień.
Odychyliła się lekko w fotelu, błądząc za nim spojrzeniem. Dwa gole. Dom wygrywał nawet na meczach charytatywnych. Uśmiechnęła się jak gdyby nigdy nic do Aarona.
- To którym kibicujemy? Tym w zielonych czy niebieskich szatach?
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Aaron Andrew Moody (2973), Lorien Mulciber (3293), Pan Losu (129)




Wiadomości w tym wątku
[18.09.1972] Arka Gdynia kurw... a nie, to chyba nie to. - przez Lorien Mulciber - 13.03.2026, 19:21
RE: [18.09.1972] Arka Gdynia kurw... a nie, to chyba nie to. - przez Aaron Andrew Moody - 25.03.2026, 21:26
RE: [18.09.1972] Arka Gdynia kurw... a nie, to chyba nie to. - przez Pan Losu - 25.03.2026, 21:26
RE: [18.09.1972] Arka Gdynia kurw... a nie, to chyba nie to. - przez Lorien Mulciber - 27.03.2026, 23:42
RE: [18.09.1972] Arka Gdynia kurw... a nie, to chyba nie to. - przez Aaron Andrew Moody - 29.03.2026, 14:43
RE: [18.09.1972] Arka Gdynia kurw... a nie, to chyba nie to. - przez Lorien Mulciber - 29.03.2026, 17:13
RE: [18.09.1972] Arka Gdynia kurw... a nie, to chyba nie to. - przez Pan Losu - 29.03.2026, 17:13
RE: [18.09.1972] Arka Gdynia kurw... a nie, to chyba nie to. - przez Aaron Andrew Moody - 30.03.2026, 16:57

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa