28.03.2026, 21:03 ✶
Nie sądziłem, że będziemy tu kiedyś razem w ten sposób - nie „po coś”, nie „bo trzeba” - tylko tak, dla samego faktu, że mogliśmy. Staliśmy jeszcze w tej „oficjalnej” części Nokturnu, jeśli w ogóle można było użyć takiego określenia w miejscu, które z definicji nie uznawało żadnych oficjalnych granic - tam gdzie ulica udawała, że ma jakieś zasady, a szyldy, mimo że krzywe i nadgryzione czasem, nadal próbowały sprawiać wrażenie, że reprezentowały coś konkretnego. Zerknąłem przed siebie, na linię ulicy, która powoli przechodziła z tej „jawnie podejrzanej” w coś bardziej surowego, mniej uporządkowanego - w tej części była jeszcze „grzeczna”, jeśli w ogóle można było ją tak nazwać, miejsca miały nazwy, wejścia były w miarę wyraźne, a ludzie udawali, że interesy, które tu robią, mają jakieś granice. Było tu jaśniej, o ile w ogóle można było użyć tego słowa w odniesieniu do Nokturnu, ruch był bardziej uporządkowany, a ludzie… Mniej oczywiści w swoich niezbyt moralnych intencjach. Wiedziałem jednak, z pewnością tak jak Prue, że to była tylko fasada, ta cienka, górna warstwa złożonej struktury - tkanki, można by rzec - składającej się na najmniej szanowaną część magicznej stolicy. Ta, którą widzieli ci, którzy zaglądali tu tylko z ciekawości albo z konieczności, kilka kroków dalej zaczynało się coś zupełnie innego, wszystko się rozmywało - światło słabło, przestrzeń się zwężała, a to, co sprzedawano, przestawało mieć etykiety, które dało się odczytać bez kontekstu.
- Będzie spoko. Nie będziesz się nudziś. To mogę zagwalantowaś. - Rzuciłem, bez zbędnego rozwijania. - A jak nie, to pszysnam, sze wybielam beznadziejne miejscówki. - Dodałem po chwili, z cieniem uśmieszku, który mówił wyraźnie, że to się raczej nie wydarzy - to było bliższe prawdy niż jakiekolwiek zapewnienia o bezpieczeństwie czy planach. To nie była obietnica w stylu pocztówek i widoków, tylko coś znacznie bardziej konkretnego, bliższego temu, co naprawdę miało jakąś wartość, i byłem niemal pewien, że właśnie to mogłoby ją zdecydowanie bardziej zainteresować. Nie było w tym przekonaniu nic odkrywczego, widziałem to już nie raz, ludzie, którzy myśleli, że wystarczy im jedno miejsce, jeden wyjazd, jeden raz poza znanym światem, a potem nagle okazywało się, że ten świat jest większy, bardziej skomplikowany i zdecydowanie ciekawszy, niż zakładali.
Nie potrzebowaliśmy roztrząsać dłużej tego, co było właściwe, ponieważ - jak i inne miejsca - Nokturn działał według własnych reguł i albo się je przyjmowało, albo się stąd znikało, ponadto każdy tutaj miał swoją wersję postępowania i nikt nie był arbitrem. Ruszyliśmy dalej, dając się prowadzić tej grze, która brzmiała niemal absurdalnie w kontraście do miejsca, w którym się znajdowaliśmy, a jednak działała, nie wprowadzała porządku, ale nie miała tego robić, zamiast tego nadawała temu wszystkiemu jakiś kierunek, nawet jeśli był on całkowicie losowy. Kilka miejsc rozpoznałem od razu - jedno z tych, gdzie kiedyś coś podrzucałem i odbierałem, drugie, które zawsze omijałem, bo właściciel miał zwyczaj zadawania zbyt wielu pytań. Trzecie wyglądało znajomo tylko przez sekundę, najwyraźniej moja pamięć chciała coś podsunąć, ale uznała, że to nie jest ten moment. Słuchałem kolejnych liczb, głosu żony, kroków, które wybijały rytm wśród tego całego szumu ulicy, i przez moment bardziej interesowało mnie to, jak bardzo się w to wciągnęła, niż to, dokąd trafimy. Uśmiech, który nie znikał z jej twarzy, był czymś, czego nie widywałem często w takich okolicznościach, więc - rzecz jasna - coś we mnie uznało, że to był wystarczający powód, żeby odnotować to jako nasz szczególny, wspólny sukces.
Dziewięć zatrzymało nas w miejscu, które nie próbowało się definiować, przy tej wąskiej uliczce, przy zbiorze stoisk, które wyglądały jakby ktoś zebrał wszystko, co nie pasowało nigdzie indziej, i wrzucił w jedno miejsce - to było dobre, nawet bardzo.
- Tu pszynajmniej nikt nie udaje, sze spszedaje świeczki i pamiątki. - Odmruknąłem pod nosem, sunąc wzrokiem po najbliższych stoiskach. Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka i zmrużyłem lekko oczy, po czym przechyliłem lekko głowę, przyglądając się Pruey przez chwilę w milczeniu, jakbym ważył ten pomysł, rozkładał go na części - to nie była moja naturalna dynamika, ja raczej brałem to, co chciałem, kiedy chciałem, bez większego planowania i bez narzucania sobie limitów. Znałem to tempo, ten sposób poruszania się między stoiskami, gdzie wzrok zatrzymywał się tylko na tym, co mogło mieć wartość, a reszta znikała w tle… Ale trzy to była dobra liczba - wystarczająco, żeby nie brać pierwszego lepszego badziewia, ale nie na tyle dużo, by zacząć się nad tym zastanawiać godzinami.
- Bszmi dobsze. - Stwierdziłem i ruszyłem pierwszy krok w głąb, ciągnąc ją lekko za sobą, nie nachalnie, na siłę, tylko bardziej jak ktoś, kto już podjął decyzję i zakładał, że druga strona i tak pójdzie za nim. Im głębiej wchodziliśmy, tym bardziej wszystko się zagęszczało - zapachy, dźwięki, kolory, jeśli można było tak nazwać te przygaszone, brudne odcienie, które dominowały wokół - stoiska stały jedno przy drugim, niektóre ledwo oddzielone od siebie, inne praktycznie nachodziły na siebie, jakby ktoś nie do końca przejmował się przestrzenią innych.
- Ale upszedzam - dodałem ciszej, z wyraźną nutą rozbawienia - sze jeśli mam wyblaś coś, co „ci się pszyda”, to definicja mosze się nam tlochę losjechaś. - Zerknąłem krótko na stoisko obok, gdzie leżało coś, co wyglądało jak zwykła szkatułka, ale miało w sobie tę charakterystyczną, niepokojącą jakość, której nie dało się pomylić z niczym innym. - Więc bes klęcenia nosem, jeśli tlafimy na coś… Intelesującego. - Przeniosłem wzrok na kolejny stragan, już bardziej skupiony.
- Będzie spoko. Nie będziesz się nudziś. To mogę zagwalantowaś. - Rzuciłem, bez zbędnego rozwijania. - A jak nie, to pszysnam, sze wybielam beznadziejne miejscówki. - Dodałem po chwili, z cieniem uśmieszku, który mówił wyraźnie, że to się raczej nie wydarzy - to było bliższe prawdy niż jakiekolwiek zapewnienia o bezpieczeństwie czy planach. To nie była obietnica w stylu pocztówek i widoków, tylko coś znacznie bardziej konkretnego, bliższego temu, co naprawdę miało jakąś wartość, i byłem niemal pewien, że właśnie to mogłoby ją zdecydowanie bardziej zainteresować. Nie było w tym przekonaniu nic odkrywczego, widziałem to już nie raz, ludzie, którzy myśleli, że wystarczy im jedno miejsce, jeden wyjazd, jeden raz poza znanym światem, a potem nagle okazywało się, że ten świat jest większy, bardziej skomplikowany i zdecydowanie ciekawszy, niż zakładali.
Nie potrzebowaliśmy roztrząsać dłużej tego, co było właściwe, ponieważ - jak i inne miejsca - Nokturn działał według własnych reguł i albo się je przyjmowało, albo się stąd znikało, ponadto każdy tutaj miał swoją wersję postępowania i nikt nie był arbitrem. Ruszyliśmy dalej, dając się prowadzić tej grze, która brzmiała niemal absurdalnie w kontraście do miejsca, w którym się znajdowaliśmy, a jednak działała, nie wprowadzała porządku, ale nie miała tego robić, zamiast tego nadawała temu wszystkiemu jakiś kierunek, nawet jeśli był on całkowicie losowy. Kilka miejsc rozpoznałem od razu - jedno z tych, gdzie kiedyś coś podrzucałem i odbierałem, drugie, które zawsze omijałem, bo właściciel miał zwyczaj zadawania zbyt wielu pytań. Trzecie wyglądało znajomo tylko przez sekundę, najwyraźniej moja pamięć chciała coś podsunąć, ale uznała, że to nie jest ten moment. Słuchałem kolejnych liczb, głosu żony, kroków, które wybijały rytm wśród tego całego szumu ulicy, i przez moment bardziej interesowało mnie to, jak bardzo się w to wciągnęła, niż to, dokąd trafimy. Uśmiech, który nie znikał z jej twarzy, był czymś, czego nie widywałem często w takich okolicznościach, więc - rzecz jasna - coś we mnie uznało, że to był wystarczający powód, żeby odnotować to jako nasz szczególny, wspólny sukces.
Dziewięć zatrzymało nas w miejscu, które nie próbowało się definiować, przy tej wąskiej uliczce, przy zbiorze stoisk, które wyglądały jakby ktoś zebrał wszystko, co nie pasowało nigdzie indziej, i wrzucił w jedno miejsce - to było dobre, nawet bardzo.
- Tu pszynajmniej nikt nie udaje, sze spszedaje świeczki i pamiątki. - Odmruknąłem pod nosem, sunąc wzrokiem po najbliższych stoiskach. Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka i zmrużyłem lekko oczy, po czym przechyliłem lekko głowę, przyglądając się Pruey przez chwilę w milczeniu, jakbym ważył ten pomysł, rozkładał go na części - to nie była moja naturalna dynamika, ja raczej brałem to, co chciałem, kiedy chciałem, bez większego planowania i bez narzucania sobie limitów. Znałem to tempo, ten sposób poruszania się między stoiskami, gdzie wzrok zatrzymywał się tylko na tym, co mogło mieć wartość, a reszta znikała w tle… Ale trzy to była dobra liczba - wystarczająco, żeby nie brać pierwszego lepszego badziewia, ale nie na tyle dużo, by zacząć się nad tym zastanawiać godzinami.
- Bszmi dobsze. - Stwierdziłem i ruszyłem pierwszy krok w głąb, ciągnąc ją lekko za sobą, nie nachalnie, na siłę, tylko bardziej jak ktoś, kto już podjął decyzję i zakładał, że druga strona i tak pójdzie za nim. Im głębiej wchodziliśmy, tym bardziej wszystko się zagęszczało - zapachy, dźwięki, kolory, jeśli można było tak nazwać te przygaszone, brudne odcienie, które dominowały wokół - stoiska stały jedno przy drugim, niektóre ledwo oddzielone od siebie, inne praktycznie nachodziły na siebie, jakby ktoś nie do końca przejmował się przestrzenią innych.
- Ale upszedzam - dodałem ciszej, z wyraźną nutą rozbawienia - sze jeśli mam wyblaś coś, co „ci się pszyda”, to definicja mosze się nam tlochę losjechaś. - Zerknąłem krótko na stoisko obok, gdzie leżało coś, co wyglądało jak zwykła szkatułka, ale miało w sobie tę charakterystyczną, niepokojącą jakość, której nie dało się pomylić z niczym innym. - Więc bes klęcenia nosem, jeśli tlafimy na coś… Intelesującego. - Przeniosłem wzrok na kolejny stragan, już bardziej skupiony.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)