28.03.2026, 21:22 ✶
Z siedziby Proroka próbowała uciec jedna ze znajdujących się wewnątrz sów pocztowych. Ptak niespokojnie ruszył się z ulubionego miejsca, głośno zatrzepotał skrzydłami i poderwał się do lotu zakończonego głośnym hukiem i trzaskiem złamanego skrzydła, kiedy otworzył je nie kto inny jak sam Lord Voldemort. Pokonane stworzenie zahukało przeciągle, kiedy Czarny Pan opuścił głowę, żeby na nie spojrzeć, po czym darowało sobie protesty, kiedy zostało przesunięte butem na bok.
Chociaż pracownicy gazety nie znali prawdziwej tożsamości zamaskowanego czarnoksiężnika (ah jakież to było dziwne widzieć go ubranego tak jak wy), ale żaden ze Śmierciożerców nie mógł mieć żadnej wątpliwości. Nawet jeżeli wasz Mistrz pojawił się tutaj za gwarantującą anonimowość maską, jego energia pozostawała nieporównywalną do jakiejkolwiek innej.
Z maską czy bez, przywódca rebeliantów nie musiał mówić nic, przedstawiać ani zapowiadać się, aby robić wrażenie na wszystkich wokół. Powietrze w hallu zrobiło się tak gęste, że opór momentalnie ustał.
Śmierć.
Ktoś dostał od Sauriela w gębę, ale wciąż najbardziej przerażającą była śmierć. Ten człowiek, o ile Voldemort wciąż był człowiekiem, był niczym zwiastun samej śmierci. To od tego swędu uginały się kolana. To przez niego ptak próbował uciec stąd ostatkami sił. To on sprawił, że inni zamarli.
Czarnoksiężnik zrobił kilka kroków wprzód. Siedząca przy drzwiach archiwum okularnica zadrżała widząc zbliżającą się do niej sylwetkę i pisnęła kiedy wycelowano w nią czubek różdżki. Najpewniej żegnała się z życiem ale to nie zielony błysk Avady sięgnął jej jestestwa, lecz klątwa zmuszająca człowieka do poddania się cudzej woli.
– Pójdziesz z nią – powiedział do Sauriela spokojnie. Śmierciożerca zgodnie z poleceniem zniknął z twojego pola widzenia i nagle byliście tu tylko w dwójkę – ty i Voldemort – przeciwko sali ludzi, z których niektórzy zdążyli już się poddać, a inni zacisnęli palce na różdżkarz i postanowili stawiać opór. Pierwsze wrażenie zaczynało mijać, a niektórzy odzyskiwali nad sobą panowanie po pierwszej fali przerażenia.
Chociaż pracownicy gazety nie znali prawdziwej tożsamości zamaskowanego czarnoksiężnika (ah jakież to było dziwne widzieć go ubranego tak jak wy), ale żaden ze Śmierciożerców nie mógł mieć żadnej wątpliwości. Nawet jeżeli wasz Mistrz pojawił się tutaj za gwarantującą anonimowość maską, jego energia pozostawała nieporównywalną do jakiejkolwiek innej.
Z maską czy bez, przywódca rebeliantów nie musiał mówić nic, przedstawiać ani zapowiadać się, aby robić wrażenie na wszystkich wokół. Powietrze w hallu zrobiło się tak gęste, że opór momentalnie ustał.
Śmierć.
Ktoś dostał od Sauriela w gębę, ale wciąż najbardziej przerażającą była śmierć. Ten człowiek, o ile Voldemort wciąż był człowiekiem, był niczym zwiastun samej śmierci. To od tego swędu uginały się kolana. To przez niego ptak próbował uciec stąd ostatkami sił. To on sprawił, że inni zamarli.
Czarnoksiężnik zrobił kilka kroków wprzód. Siedząca przy drzwiach archiwum okularnica zadrżała widząc zbliżającą się do niej sylwetkę i pisnęła kiedy wycelowano w nią czubek różdżki. Najpewniej żegnała się z życiem ale to nie zielony błysk Avady sięgnął jej jestestwa, lecz klątwa zmuszająca człowieka do poddania się cudzej woli.
– Pójdziesz z nią – powiedział do Sauriela spokojnie. Śmierciożerca zgodnie z poleceniem zniknął z twojego pola widzenia i nagle byliście tu tylko w dwójkę – ty i Voldemort – przeciwko sali ludzi, z których niektórzy zdążyli już się poddać, a inni zacisnęli palce na różdżkarz i postanowili stawiać opór. Pierwsze wrażenie zaczynało mijać, a niektórzy odzyskiwali nad sobą panowanie po pierwszej fali przerażenia.
Kontynuujemy tutaj. Na podstawie wyniku któraś z nas napisze zakończenie. Dziękuję za pięć wiader zrozumienia wylanych mi na łeb. Zgodnie z obietnicą tu dotarłam!! @Alexander Mulciber