29.03.2026, 01:30 ✶
Krótka odprawa przed wyprawą na widma
— Las mówi ze sobą w ziemi — rozległ się za uchem Alexandra szeleszczący szept. — W ziemi grzyby noszą między drzewa wieści. O chorobie. O suszy. O niebezpieczeństwie. Z jednego końca lasu na drugi. Ostrzegają się. I czasem myślę… — Helloise zawiesiła głos. O podłogę uderzyła krótko podeszwa jej buta. Stuk. — I czasem myślę, jak daleko sięgają. — I myślała tak, gdy wcześniej ryła palcami w spulchnionej glebie za domem. Gdy wyszarpała ziejącą ranę w tkankach ziemi i jej grudach, żeby dostać się do żyłek, do tych grzybni, które przenosiły wieści z lasu. — I myślałam, czy opowiedzą mi tu…? — Czarne dłonie zsunęły się na ramiona Alexandra skryte pod cienkim materiałem białej koszuli. Ziemia na dłoniach była wciąż wilgotna. Poczerniałe ręce zostawiły na ubraniu ciemne plamy tam, gdzie Helloise zacisnęła na mężczyźnie kurczowo palce. — Przynieś mi dziś coś stamtąd. Cokolwiek.
Wróżbitę usadziła na krześle pośrodku chaty. Chatka zawsze jest zwrócona drzwiami, bo drzwi jest dwoje. Drzwi dla ludzi oraz drzwi dla lasu.
Stuk.
Czarownica stała za wróżbitą i opowiadała mu od dawna rozwlekłe historie ustami sinymi od wina gorzkiego trucizną, która miała wkrótce złożyć Helloise do snu — snu krótkiego i głębokiego. Jej ręce spoczywające na Alexandrze uderzały nozdrza eteryczną wonią petrichoru.
Teraz wszystko, co przychodzi, musi zatrzymać się w chacie.
Drzwi dla ludzi były za nimi zamknięte. Tylko jednymi mógł stąd dziś wyjść.
Stuk.
— Znajdź drogę do lasu. Przynieś mi.
Opowiadała tak wróżbicie, a on siedział zwrócony na drogę, a droga z chaty do lasu była prosta. Czarna szata Mulcibera powiewała tam na krzywej sztachecie płotu — czekała, aż on skryje pod nią splamioną biel koszuli. Obok zaś czuwała para strzyżyków zaglądająca do ciemnego wnętrza chaty, gdzie czarodzieje trwali zaszyci w cienistym gąszczu magicznych roślin.
— Idziesz z Longbottomem. — Helloise oparła podbródek na ramieniu Alexandra, aby niby jego oczami patrzeć na drogę przed nimi. — Była u mnie Longbottom. Brenna. I mówiła… mówiła… — Wiedźma cedziła słowa powoli, z wyraźną niechęcią. — Mówiła, że są rytuały, które chronią. Są runy, które chronią. Lecz Brenna Longbottom — palce na ramionach wróżbity rozluźniły się na moment, nim znów go chwyciły w żelazne szpony — och, Brenna Longbottom nie zna run, więc nie umie mi ich pokazać — wypluła w końcu jak prześmiewczą obelgę. Nie wierzyła jej. — Brenna Longbottom nie zna rytuałów. Ta kłamczucha — syknęła ostrym, tłumionym gniewem — ta kłamczucha nic mi nie da. Ale może Morpheus Longbottom zna runy i rytuały.
Zaczynało jej się kręcić w głowie. Czarownica westchnęła ciężko przejęta nagłą falą zmęczenia. Puściła Alexandra, żeby wesprzeć się rękoma o oparcie krzesła. Spróbowała się wyprostować, ale ściągnęło ją w dół. Oparła czoło o tył głowy czarodzieja, zamknęła na chwilę oczy, niemal poddając się wymuszonej eliksirem senności. Czarna ziemia na palcach zasychała w burą skorupę, kruszyła się pod paznokciami.
— Będę szła za tobą — wymamrotała wyzbyta z wcześniejszej zaciętości Helloise, łaskocząc oddechem kark Mulcibera. — A gdy już dalej nie będę mogła iść, będą z tobą inne duchy. Takie same jak ja.
dotknij trawy