– Bzdura, bardzo lubię się czasem ponudzić, to szalenie odprężające – usiąść sobie na fotelu, zamknąć oczy i robić nic. Potrzebowała tego, bo nieraz jej myśli po prostu galopowały, wymyślając setki różnych scenariuszy, generując pomysły czy rozwiązania na zagadnienia, które były tylko teoretyczne. Miała tak dużo myśli, że nie mogła spać, wielokrotnie kręcąc się w pościeli, szukając odpowiedniej pozycji by zasnąć, żeby udało się to tylko na godzinę czy dwie, doprawione jeszcze wypaczonymi majakami i koszmarami, jeśli nie zażyła eliksiru albo nie zapaliła kadzidła na sen. Prawda była jednak taka, że mało było rzeczy, które Victorię faktycznie nudziły. A ludźmi również nie nudziła się szybko. Być może nawet wcale. To nie dlatego rozpadały się jej znajomości czy relacje.
– Wiesz, akurat Atreusowi zwykle nie potrzeba dużo, żeby… – urwała w zamyśleniu. Rozmawiali o tym trochę podczas balu, co prawda Chris bardzo unikał wtedy przyznania, że to z nim pobił się Atreus, ale gdy Victoria o tym pomyślała trochę dłużej to przypomniała sobie, że patrzyła na tę bardzo krótką scenę, nim zasłonił ją wielki ochroniarz. – Ukryta córka Morpheusa, aha – ją z kolei ta plotka ominęła, była wtedy zbyt skupiona sprawą Loretty i Mulcibera. No i kwestia domniemanej narzeczonej Christophera – tę już sobie wyjaśnili, bo Victoria zapytała go wprost. Nie było żadnej narzeczonej. Normalnie zapytałaby o co w takim razie poszło, ale raz – miejsce ku temu było kiepskie, lepiej było o to podpytać, gdyby byli całkowicie sami, a dwa trochę nie chciała zarysować jego dumy przypomnieniem o czymś, co z pewnością nie mogło być przyjemne. – Tak, rozumiem. Mam nadzieję, że jednak się to uda – odparła, życząc mu zresztą jak najlepiej całkiem szczerze. I innym ludziom zresztą też – żeby nie było już powtórki po Spalonej, bo wielu ludzi mogło tego zwyczajnie nie dźwignąć. Gdy traci się wszystko, łącznie z nadzieją, czasami znikały też chęci do życia, a to była kolejna tragedia…
Victoria chyba równie jak Chris zaskoczyła się słowami, które tutaj padły, ale w przeciwieństwie do niego nie rozpoznała głosu. Za to rozpoznała twarz i fryzurę, i od razu wiedziała, że ostre słowa kobiety wymierzone są… w nich. Na Panią Księżyca, o co całe zamieszanie, przecież tylko razem przyszli, czy robili tym komuś krzywdę? Chyba Cressidzie, która żyła w swoim świecie ułudy. I tak, jak nie była przygotowana na całą konfrontację, która sprawiła, że uniosła brwi w zdziwieniu, nie zdążywszy zareagować nijak na tę szybką wymianę zdań pomiędzy byłymi partnerami, tak chyba jeszcze bardziej zdziwiła się ostatnimi słowami Chrisa. Spojrzała nawet na niego, nie było w niej złości, ledwie zaskoczenie tą… w pewnym sensie… deklaracją, ale nim w ogóle znalazła jakiekolwiek słowa, by je wypowiedzieć, w tym całym mętliku, Cressida już przypuszczała dalszy atak.
– „Jeszcze nie”? – zdawała się puścić mimo uszu to „całe miesiące temu”, które było oczywiste i nie pasowało do całej narracji i sceny, jaka się tutaj rozlegała, tym bardziej, że Avery się zbliżyła, zamiast stać w miejscu. – Czyli mam rację, faktycznie znalazłeś sobie nową zabawkę. Mogłeś powiedzieć, nie zrobiłabym z siebie idiotki w Zorzy, kiedy na ciebie w zeszłym tygodniu czekałam – w oczach Cressidy błyszczały jakieś takie nuty, jakby właśnie rzucała Chrisowi wyzwanie. Przecież skoro mogła namieszać tak mocno, to dlaczego miałaby tego nie zrobić? A potem przeniosła spojrzenie na Victorię. – I no tak, oczywiście, że „jeszcze”. Panna wybredna, trzymasz go na dystans, żeby ostatecznie spławić, tak jak resztę, co?
A w żołądku Victorii coś się na te słowa ścisnęło. Ta cholerna plotka z balu, którą mimowolnie też słyszała.
– Jaki jest twój problem? – rzuciła z siebie w końcu, niepewna co o tym wszystkim w ogóle myśleć, chociaż Christopher ostrzegał ją, że Cressida to straszna wariatka. Spotkanie w zeszłym tygodniu? Naprawdę mieli się spotkać, czy to był blef?