29.03.2026, 14:43 ✶
– Wyścigi konne? – Zaintrygowało go to, widać to było po jego spojrzeniu. Po nagłym błysku na dnie zielonych oczu, które uważnie przesunęły się po twarzy sędziny, jak gdyby badały, czy mówi mu rzeczywiście prawdę, i tylko prawdę. Nie znał jej od tej strony. Kojarzył, że małżonka Philipa wywodziła się z rodu Prewettów, ale dziedzictwo Crouchów, stojących na straży Wizengamotu, wydawało mu się na tyle przytłaczającym, że nigdy w sumie nie poświęcił czasu na zastanowienie się, co mogło być w Lorien Mulciber z matki, a nie z ojca. Za bardzo przywykł do utożsamiania jej z ministerialnymi korytarzami. Z gmachem sądu. A może, pomyślał, za bardzo przywykł do utożsamiania jej ze swoją codziennością. Z bezpieczeństwem rutyny. Bo jak inaczej wyjaśnić to, że serce zaczęło bić mu jak szalone, gdy zaplotła rękę wokół jego ramienia? – Chyba powoli zbliża się koniec sezonu – zauważył grzecznościowo, spoglądając w stronę stoiska, gdzie obstawiano zakłady, myślami zdążając jednak w stronę toru wyścigowego w Ascot. W pobliżu jego mieszkania mieścił się zakład bukmacherski, który Moody mijał, wracając pieszo z pracy. Zawsze gromadził się przy nim spory tłumek, chcąc niechcąc, zerkał więc w tamtą stronę. Dla zabawy obserwował, jak zmieniają się przewidywania w tabeli za szklaną witryną, choć częściej niż wyścigów konnych tyczyły się mugolskiego futbolu. Teraz też skierował wzrok w stronę magicznej tabeli wyników, a widząc, że Lorien zajęta jest rozmową ze swoim krewniakiem, wykorzystał moment, żeby się rozejrzeć wokoło. Stała czujność, oto było jego motto. Stała czujność...
Podniósł powoli głowę, nie chcąc dać po sobie poznać, że coś jest nie tak. Rozejrzał się dyskretnie, jak przystało na aurora zaprawionego w tropieniu czarnoksiężników. Otaczał go tłum, wokół wciąż rozlegały się wesołe pokrzykiwania, bukmacher gadał głośno, obstawiający jeszcze głośniej, ale wszystko docierało do Aarona jak gdyby z opóźnieniem. Tylko odgłosu zbliżających się kroków nie dało się pomylić z niczym innym. Zacisnął rękę na różdżce, którą zawsze miał w pogotowiu. Wiedział, czyje to kroki. Czuł smród zgnilizny, swąd spaczenia, tak charakterystyczny dla czarnoksiężników... Zadrgały mu nozdrza, gdy wziął głębszy oddech przez nos, ale wrażenie grozy zdążyło się ulotnić tak szybko, jak się pojawiło. Po chwili czuł już tylko zapach jaśminowych perfum Lorien. Przynajmniej tym razem nie wypluł z siebie żadnej nawiedzonej rymowanki, pomyślał. Zmusił się do skinięcia Lorien głową, niepomny, że przysunął się bliżej, chcąc osłonić ją przed zagrożeniem. W linii jego barków wciąż czaiło się napięcie, ale szybko zniknęło, gdy Lorien z powrotem ujęła go pod ramię. Być może wizyta u magipsychiatry pomogła, pomyślał, w milczeniu postawiwszy zakład. Nawet nie pamiętał, kogo tym razem wybrał... Wiedział tylko, że padło na któregoś zawodnika z Gargulców. Moody nigdy nie zakładał się przecież przeciwko swojej drużynie! Byłaby to niewyobrażalna zbrodnia. Przyklepał jeszcze bilet ręką, tak na szczęście, zanim udali się w stronę bramek, żeby zająć miejsca w wysokiej loży. Aaron wiedział, że dobrze widać stąd boisko, wciąż jednak poglądał na zgromadzonych w sektorze ludzi, nie na szykujących się do meczu zawodników. Wydawał się dziwnie nieswój.
"To którym kibicujemy?", spytała nagle Lorien. "Tym w zielonych czy w niebieskich szatach?"
Aaron przez chwilę po prostu na nią patrzył.
A potem prychnął śmiechem, pozbywając się resztek napięcia z pleców.
Delikatnie nacisnął na środek jej okularów przeciwsłonecznych, żeby móc spojrzeć Lorien w oczy. Wystarczyłaby krótka chwila, w której ciemne szkła przesunęłyby się nieco niżej na zadartym nosie. Wystarczyłby krótki błysk kobaltu, koloru, który tak rzadko występował w naturze. Jej oczy przypominały mu posadzkę w kaplicy Karola Wielkiego wzniesionej w Akwizgranie. Mozaikę wyłożoną niebieskimi odłamkami lapis lazuli, importowanego szlakami handlowymi z obszarów Afganistanu. Najwspanialsze dokonanie architektury średniowiecza, a na pewno najbardziej monumentalne. W tej kaplicy klękali królowie. Zastanawiał się, o czym myśleli, gdy zwieszali posłusznie głowy, wbijając wzrok w podłogę. Zagubić się było można w głębi wykładającego ją kamienia, który należał podówczas do najdroższych kruszców świata. Podobnie zagubić się można było w oczach Lorien.
– O nie, nie dam się na to nabrać, droga pani – odparł z lubością Aaron, uśmiechając się nieoczekiwanie. Rzadkością był taki widok. Auror zwykle pozostawał przecież poważnym. Teraz jednak pokręcił głową z rozbawieniem. – Niezliczone razy nabierałem się na to w szkole. Wtedy, kiedy jeszcze grałem. Wiesz, że pewnego razu musiałem siedem razy tłumaczyć drużynie moją taktykę? Jak kończyłem, zaczynali zadawać najgłupsze możliwe pytania. Gdzieś w połowie czwartego podejścia, zorientowałem się, że zwyczajnie sobie ze mnie żartują. Nie wiem, czy domyśliłem się tego po pełnej samozadowolenia minie przyjaciela... Czy po jego pytaniu, którą stroną pałki powinien odbijać tłuczek. A że byłem głupim, i dosyć porywczym dzieciakiem, wyobrażasz sobie, że jeszcze trzy razy wywrzeszczałem im wszystko, aż powtarzali po mnie z pamięci. Pewnie wrzeszczałbym na nich dalej, ale ochrypłem. W każdym razie, teraz jestem nieco mądrzejszy. Widzę już, kiedy się ze mnie bezczelnie żartuje – zaśmiał się więc szczerze z jej przewrotnego pytania, odwzajemniając uśmiech.
Madeleine nie lubiła, gdy krzyczał. Może dlatego, że był tak inny w sposobie, w jakim zwracał się do niej. Uważał, że to naturalne, Madeleine nie była przecież jego kolegą z drużyny. "Naprawdę musisz na nich tak krzyczeć?", mruczała mimo to, przewracając oczami, gdy wychodził jej na spotkanie po ciężkim treningu. Spieszył się, bo widział, że czeka na niego na trybunach. Widział, że waha się, czy wtulić się w niego, czy może raczej odsunąć się, demonstrując, że takie zachowanie nie uchodzi. "Inaczej nie będą mnie słuchać", odpowiadał jej ochryple, przyciągając dziewczynę bliżej. "Naprawdę musisz na nich tak krzyczeć?", pytała zbolałym głosem po latach, gdy tracił cierpliwość z dzieciakami.
Inaczej nie będą mnie słuchać, pozostawało niewypowiedzianym.
W szkole było łatwiej. W szkole wystarczyło poprosić, żeby nie przychodziła na treningi quidditcha, a potem też i na mecze, zasugerował jej niewinnie, bo nie przepadała przecież nigdy za tłumami. Zbytnio ją przytłaczały... A może to on ją przytłaczał. Zawsze zbyt głośny. Zawsze zbyt brutalny. Zbyt skupiony na sobie, zbyt ambitny, zbyt przejęty tym, co sobie postanowił. Zawsze zbyt intensywny. Zawsze "zbyt", ale nigdy "wystarczający", o czym przekonał się, wkraczając w dorosłe życie. Nie chciał, żeby słyszała, jak krzyczy. Zdzierając gardło, zlany potem i z włosami potarganymi wiatrem, czuł się jednak niezwyciężony. Czuł, że wszystko jest możliwe, jeżeli tylko się o to postara. Gdy rzucał się w wir pracy, to było tak, jak gdyby robił akrobacje na miotle. Dawno zostawił za sobą boisko, ale wciąż czuł pęd powietrza w uszach, pulsowanie adrenaliny w żyłach. Ściganie czarnoksiężników dawało nieporównanie większą satysfakcję, ale było też bardziej obciążające. Przynosiło więcej frustracji niż faul w powietrzu, niż przegrany mecz. Tego nie dało się wykrzyczeć na treningu. Nie dało się pozbyć poczucia niemocy. Aaron wracał więc do sfrustrowany własną niemocą do domu, w którym czekała na niego Madeleine z dziećmi, a frustracja narastała, bo nie umiał przekonać swym krzykiem dusz z Limbo, żeby nie męczyły jej przerażającymi wizjami. Nie umiał być dobrym ojcem. Nie umiał być dobrym mężem. Kim był, jeżeli nie umiał być nawet dobrym aurorem? "Zbyt dużo od siebie wymagasz", mówiła mu, gdy siadał przy stole w kuchni wyprany z życia. "Nie, to inni nie wymagają od siebie wystarczająco", odpowiadał, próbując nie pokazywać irytacji wobec tej oczywistej dysproporcji. Madeleine tylko wzdychała ciężko. Wiedział, że nie lubiła go, gdy był takim, bo nie znała go od tej strony.
Nie dał się jej nigdy poznać od tej strony.
– A kibicować, kibicujemy, oczywiście, tym w niebieskich szatach. Od kilku dobrych lat grają w niebieskich, zamiast w oficjalnych, brązowych barwach, po tym jak ktoś z zarządu ligi stwierdził głośno, że... – przepraszam panią najmocniej za nieelegancki język, ale to cytat! – ..."nie tylko wyglądają jak gówno, ale i grają jak gówno". W kwalifikacjach przegrali wtedy z Krasnalami z Kaliningradu, więc trudno było się nie zgodzić. – Wzruszył ramionami Aaron. – Jak na moje to jednak niezbyt praktyczne, biorąc pod uwagę, jak często spadają z mioteł i ryją o boisko, wymuszając rzuty wolne. Na brązowym nie widać tak bardzo plam po trawie, więc... KTO MU DAŁ LICENCJĘ NA MIOTŁĘ?! – Nie wytrzymał Moody, przerywając swój własny wywód nagłym podniesieniem głosu. – Nie może być, popatrzy pani – dodał, przejęty, podsuwając jej omnikulary, sam pokazując palcem w bliżej nieokreślony punkt w powietrzu. Zawodnik, którego wskazała Lorien w swoim zakładzie, rzeczywiście miał dzisiaj dobry dzień. Moody wyglądał jednak na przerażonego. W końcu jego drużyna przegrywała!!
Podniósł powoli głowę, nie chcąc dać po sobie poznać, że coś jest nie tak. Rozejrzał się dyskretnie, jak przystało na aurora zaprawionego w tropieniu czarnoksiężników. Otaczał go tłum, wokół wciąż rozlegały się wesołe pokrzykiwania, bukmacher gadał głośno, obstawiający jeszcze głośniej, ale wszystko docierało do Aarona jak gdyby z opóźnieniem. Tylko odgłosu zbliżających się kroków nie dało się pomylić z niczym innym. Zacisnął rękę na różdżce, którą zawsze miał w pogotowiu. Wiedział, czyje to kroki. Czuł smród zgnilizny, swąd spaczenia, tak charakterystyczny dla czarnoksiężników... Zadrgały mu nozdrza, gdy wziął głębszy oddech przez nos, ale wrażenie grozy zdążyło się ulotnić tak szybko, jak się pojawiło. Po chwili czuł już tylko zapach jaśminowych perfum Lorien. Przynajmniej tym razem nie wypluł z siebie żadnej nawiedzonej rymowanki, pomyślał. Zmusił się do skinięcia Lorien głową, niepomny, że przysunął się bliżej, chcąc osłonić ją przed zagrożeniem. W linii jego barków wciąż czaiło się napięcie, ale szybko zniknęło, gdy Lorien z powrotem ujęła go pod ramię. Być może wizyta u magipsychiatry pomogła, pomyślał, w milczeniu postawiwszy zakład. Nawet nie pamiętał, kogo tym razem wybrał... Wiedział tylko, że padło na któregoś zawodnika z Gargulców. Moody nigdy nie zakładał się przecież przeciwko swojej drużynie! Byłaby to niewyobrażalna zbrodnia. Przyklepał jeszcze bilet ręką, tak na szczęście, zanim udali się w stronę bramek, żeby zająć miejsca w wysokiej loży. Aaron wiedział, że dobrze widać stąd boisko, wciąż jednak poglądał na zgromadzonych w sektorze ludzi, nie na szykujących się do meczu zawodników. Wydawał się dziwnie nieswój.
"To którym kibicujemy?", spytała nagle Lorien. "Tym w zielonych czy w niebieskich szatach?"
Aaron przez chwilę po prostu na nią patrzył.
A potem prychnął śmiechem, pozbywając się resztek napięcia z pleców.
Delikatnie nacisnął na środek jej okularów przeciwsłonecznych, żeby móc spojrzeć Lorien w oczy. Wystarczyłaby krótka chwila, w której ciemne szkła przesunęłyby się nieco niżej na zadartym nosie. Wystarczyłby krótki błysk kobaltu, koloru, który tak rzadko występował w naturze. Jej oczy przypominały mu posadzkę w kaplicy Karola Wielkiego wzniesionej w Akwizgranie. Mozaikę wyłożoną niebieskimi odłamkami lapis lazuli, importowanego szlakami handlowymi z obszarów Afganistanu. Najwspanialsze dokonanie architektury średniowiecza, a na pewno najbardziej monumentalne. W tej kaplicy klękali królowie. Zastanawiał się, o czym myśleli, gdy zwieszali posłusznie głowy, wbijając wzrok w podłogę. Zagubić się było można w głębi wykładającego ją kamienia, który należał podówczas do najdroższych kruszców świata. Podobnie zagubić się można było w oczach Lorien.
– O nie, nie dam się na to nabrać, droga pani – odparł z lubością Aaron, uśmiechając się nieoczekiwanie. Rzadkością był taki widok. Auror zwykle pozostawał przecież poważnym. Teraz jednak pokręcił głową z rozbawieniem. – Niezliczone razy nabierałem się na to w szkole. Wtedy, kiedy jeszcze grałem. Wiesz, że pewnego razu musiałem siedem razy tłumaczyć drużynie moją taktykę? Jak kończyłem, zaczynali zadawać najgłupsze możliwe pytania. Gdzieś w połowie czwartego podejścia, zorientowałem się, że zwyczajnie sobie ze mnie żartują. Nie wiem, czy domyśliłem się tego po pełnej samozadowolenia minie przyjaciela... Czy po jego pytaniu, którą stroną pałki powinien odbijać tłuczek. A że byłem głupim, i dosyć porywczym dzieciakiem, wyobrażasz sobie, że jeszcze trzy razy wywrzeszczałem im wszystko, aż powtarzali po mnie z pamięci. Pewnie wrzeszczałbym na nich dalej, ale ochrypłem. W każdym razie, teraz jestem nieco mądrzejszy. Widzę już, kiedy się ze mnie bezczelnie żartuje – zaśmiał się więc szczerze z jej przewrotnego pytania, odwzajemniając uśmiech.
Madeleine nie lubiła, gdy krzyczał. Może dlatego, że był tak inny w sposobie, w jakim zwracał się do niej. Uważał, że to naturalne, Madeleine nie była przecież jego kolegą z drużyny. "Naprawdę musisz na nich tak krzyczeć?", mruczała mimo to, przewracając oczami, gdy wychodził jej na spotkanie po ciężkim treningu. Spieszył się, bo widział, że czeka na niego na trybunach. Widział, że waha się, czy wtulić się w niego, czy może raczej odsunąć się, demonstrując, że takie zachowanie nie uchodzi. "Inaczej nie będą mnie słuchać", odpowiadał jej ochryple, przyciągając dziewczynę bliżej. "Naprawdę musisz na nich tak krzyczeć?", pytała zbolałym głosem po latach, gdy tracił cierpliwość z dzieciakami.
Inaczej nie będą mnie słuchać, pozostawało niewypowiedzianym.
W szkole było łatwiej. W szkole wystarczyło poprosić, żeby nie przychodziła na treningi quidditcha, a potem też i na mecze, zasugerował jej niewinnie, bo nie przepadała przecież nigdy za tłumami. Zbytnio ją przytłaczały... A może to on ją przytłaczał. Zawsze zbyt głośny. Zawsze zbyt brutalny. Zbyt skupiony na sobie, zbyt ambitny, zbyt przejęty tym, co sobie postanowił. Zawsze zbyt intensywny. Zawsze "zbyt", ale nigdy "wystarczający", o czym przekonał się, wkraczając w dorosłe życie. Nie chciał, żeby słyszała, jak krzyczy. Zdzierając gardło, zlany potem i z włosami potarganymi wiatrem, czuł się jednak niezwyciężony. Czuł, że wszystko jest możliwe, jeżeli tylko się o to postara. Gdy rzucał się w wir pracy, to było tak, jak gdyby robił akrobacje na miotle. Dawno zostawił za sobą boisko, ale wciąż czuł pęd powietrza w uszach, pulsowanie adrenaliny w żyłach. Ściganie czarnoksiężników dawało nieporównanie większą satysfakcję, ale było też bardziej obciążające. Przynosiło więcej frustracji niż faul w powietrzu, niż przegrany mecz. Tego nie dało się wykrzyczeć na treningu. Nie dało się pozbyć poczucia niemocy. Aaron wracał więc do sfrustrowany własną niemocą do domu, w którym czekała na niego Madeleine z dziećmi, a frustracja narastała, bo nie umiał przekonać swym krzykiem dusz z Limbo, żeby nie męczyły jej przerażającymi wizjami. Nie umiał być dobrym ojcem. Nie umiał być dobrym mężem. Kim był, jeżeli nie umiał być nawet dobrym aurorem? "Zbyt dużo od siebie wymagasz", mówiła mu, gdy siadał przy stole w kuchni wyprany z życia. "Nie, to inni nie wymagają od siebie wystarczająco", odpowiadał, próbując nie pokazywać irytacji wobec tej oczywistej dysproporcji. Madeleine tylko wzdychała ciężko. Wiedział, że nie lubiła go, gdy był takim, bo nie znała go od tej strony.
Nie dał się jej nigdy poznać od tej strony.
– A kibicować, kibicujemy, oczywiście, tym w niebieskich szatach. Od kilku dobrych lat grają w niebieskich, zamiast w oficjalnych, brązowych barwach, po tym jak ktoś z zarządu ligi stwierdził głośno, że... – przepraszam panią najmocniej za nieelegancki język, ale to cytat! – ..."nie tylko wyglądają jak gówno, ale i grają jak gówno". W kwalifikacjach przegrali wtedy z Krasnalami z Kaliningradu, więc trudno było się nie zgodzić. – Wzruszył ramionami Aaron. – Jak na moje to jednak niezbyt praktyczne, biorąc pod uwagę, jak często spadają z mioteł i ryją o boisko, wymuszając rzuty wolne. Na brązowym nie widać tak bardzo plam po trawie, więc... KTO MU DAŁ LICENCJĘ NA MIOTŁĘ?! – Nie wytrzymał Moody, przerywając swój własny wywód nagłym podniesieniem głosu. – Nie może być, popatrzy pani – dodał, przejęty, podsuwając jej omnikulary, sam pokazując palcem w bliżej nieokreślony punkt w powietrzu. Zawodnik, którego wskazała Lorien w swoim zakładzie, rzeczywiście miał dzisiaj dobry dzień. Moody wyglądał jednak na przerażonego. W końcu jego drużyna przegrywała!!
– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
– The situation is difficult, not me.