29.03.2026, 17:13 ✶
Wyścigi konne?
“Przecież to nie nielegalne” zdawało się odpowiadać jej spojrzenie zza ciemnych okularów. Przecież nigdy nie dałaby się złapać na czymś co było nawet odrobinę niemoralne. Była sędzią. Była twarzą Wizengamotu. Ale chociaż na ramionach spoczywały ojcowskie regalia, to twarz Lorien przypominała twarz jej matki - miękką w konturach o cerze jasnej, ale znaczonej południowym słońcem, które widywała tak rzadko. Było w niej coś co przeczyło surowości pełnionej roli, bo choć to Wizengamot ukształtował jej duszę, to ciało należało wciąż do drobnej, nieco tylko ponad trzydziestoletniej kobiety, która po prostu lubowała się w drogich szatach i ozdobach. Każdy jeden element - lekko zadarty nos, wygięte w półuśmieszku usta czy głęboko osadzone pod ciemnymi, dość gęstymi jak na standardy współczesnej mody brwiami - czynił z niej urokliwą kobietę. Taką na której miło było zawiesić wzrok, zupełnie tak jak miło było przed laty zerknąć na Adeline Prewett.
Lorien nie pociągnęła rozmowy o kończącym się sezonie, zbywając temat wzruszeniem ramion. Nie miała w tym roku zbyt wielu okazji, żeby odwiedzić Ascot, a szansa, że dożyje kolejny była dość niewielka. Przynajmniej mogła sięgnąć po alternatywę jaką był Qudditch. To musiało na razie wystarczyć. Pogrążona w rozmowie z kuzynem nie zwróciła uwagi jak pan Moody naraz staje się nieco bardziej… zestresowany? Może gdyby rzeczywiście wypluł z siebie jakąś “nawiedzoną rymowankę” to czarownica spojrzałaby w jego stronę (i pewnie nie oderwałaby od niego wzroku przez cały wieczór, a potem, gdy niewątpliwie znaleźliby się całkiem sami w jego sypialni, kazałaby szeptać sobie do uszka co tam bardziej pro-voldemortowskiego przychodzi mu do głowy. Gods forbidden women have taste for some casual magirasism I guess!), ale po prostu się bardziej spiął, co nieszczególnie Mulciber obeszło. Auror któremu nagle odbija paranoja nie był niczym nowym.
Poczuła jak przysuwa się bliżej. Nie zareagowała. Szansa, że spotkają kogoś kto ich chociaż kojarzy była już wystarczająco duża, a ona nie miała ochoty na karmienie miejscowych plotkar.
W końcu dotarli w bardziej ustronne miejsce. Okazało się, że loża ma tylko dwa miejsca. Inni kibice znajdowali się pod nimi lub daleko naprzeciw. Szczerze powiedziawszy trochę rozumiała ból pana Lupina, gdy żegnał się z biletami. Nawet ona potrafiła dostrzec jak prestiżowe miejsca wyrwał.
W pierwszej chwili nie zauważyła, że auror się w nią tak intensywnie wpatruje, Musiała się wygodnie usadzić, rozpiąć pelerynkę, gdy zrobiło jej się zdecydowanie zbyt ciepło, odsłaniając wyciętą w ramionach szatę, którą miała pod spodem. Ale w końcu odwzajemniła spojrzenie, unosząc pytająco brwi.
Śmiech był… nieoczekiwaną reakcją. Zaraźliwą. Przysłoniła na moment usta, chichocząc cicho. Czy ona kiedykolwiek widziała jak Aaron Andrew Moody się śmieje? Czy ktokolwiek to widział ostatnimi czasy?
- Nie śmiałabym nigdy z pana przecież żartować. Z pewnością jest na to jakiś paragraf.- Odpowiedziała szalenie swoim zapewnieniem rozbawiona. Pomalowanym na czerwono pazurkiem zrobiła krzyżyk na piersi. A potem… nacisnął na jej okulary i poczuła się dziwacznie bezbronna. Nie było to nieprzyjemne uczucie, ale jak inaczej wytłumaczyć dreszcz, który przebiegł jej po plecach, gdy wpatrywała się w czarodzieja niczym pochwycony w klatkę ptaszek? Nie mrugała. Nie odwracała od niego wzroku, zbyt przejęta całą tą sytuacją, by słuchać opowiadanej anegdotki. Znaczy, oczywiście, widziała, że rusza ustami, ale to co mówił? Pojęcia nie miała. Coś tam o drużynie i pałkach i byciu porywczym dzieciakiem?
W każdym razie teraz jestem nieco mądrzejszy.
- Jesteś?- Wyrwało jej się nagle. Na ile mądrym zachowaniem było przyjście z nią tutaj, całowanie jej dłoni na przywitanie? Co mądrego było w zbliżeniu się do czystokrwistej wdowy w wieku własnego syna? A może mądrość tkwiła w tym, że oboje cały czas sobie wmawiali, że to wszystko nie jest żadną randką tylko dziwaczną koleżeńską współpracą?
Odwróciła wzrok dopiero, gdy on go odwrócił, czując jak powoli jej policzki robią się cieplejsze. Nie mogła powstrzymać uśmiechu, choć bogowie jej świadkiem, że próbowała.
Przypominał jej teraz Hati’ego. On też się tak ekscytował na meczach i… to był w sumie jedyny powód, dla którego w ogóle odwiedzała stadion Qudditcha Potrafił jej opowiadać o zagraniach i klubach, dyskutować o tym godzinami. Lubiła to, bo lubiła obserwować ludzkie emocje, nieważne czy te dobre czy złe. Jej własne - stłamszone eliksirami, zawsze wydawały się w pewien sposób odległe; trochę tak jak gdyby ktoś je jej wręczył w małym ozdobnym pudełeczku i kazał pilnować co by z niego nie uciekły. Przewracała oczami, gdy Greyback zrywał się na równe nogi wykrzykując “sędzia kalosz”, by potem otulić ją swoim szalikiem, kiedy mecz przeciągał się kolejne godziny, a “ślepy idiota” ze Slytherinu wciąż jeszcze nie złapał znicza.
Pomyślała, że w młodości pan Moody z pewnością był taki sam jak Hati Greyback i myśl ta sprawiła, że serce zabiło jej odrobinę mocniej.
Skinęła głową, gdy oświadczył, że będą kibicować tym w niebieskich szatach. Nawet zaśmiała się słysząc jakże niestosowny cytat. Rozluźniała się powoli, na moment odsuwając od siebie przerażającą myśli o własnych uczuciach. Nie byli teraz sędzią i aurorem. Nie byli nawet panią Mulciber i panią Moody. Byli po prostu… Lorien i Aaronem.
Gdy czarodziej ryknął na bogu ducha winnego gracza Zjednoczonych, któremu wybitnie nie wyszła beczka i chyba stracił przez to kafla, zaśmiała się serdecznie klaszcząc w dłonie. Przestała się śmiać, dopiero, gdy przysunął jej do nosa omnikulary. Uniosła jedną dłoń, łapiąc go za nadgarstek. Gdyby jeszcze tylko wiedziała na co patrzeć…
- Och spójrz!- Niemal zakrzyknęła, łapiąc moment później Aarona za ramię wolną ręką. Jeden z zawodników właśnie zarył o ziemię, wzbudzając poruszenie pośród zgromadzonych kibiców. Nie był to co prawda ten na którego zagłosowała, ale był z Gargulców.
Więc może pan Moody wytypował dobrze?
Oddała mu szybko omnikulary, co by mógł sobie spojrzeć i… dopiero wtedy uświadomiła sobie, że jest blisko. Zdecydowanie zbyt blisko. Zamrugała raz, drugi, czując na policzki na nowo pokrywa rumieniec. Niby mogła go wytłumaczyć wszystkimi tymi emocjami jakie wzbudził wyjątkowo zacięty mecz, ale… czy Aaron by jej teraz uwierzył? Przygryzła wnętrze policzka, po czym bardzo świadomie wypuściła jego ramię z morderczego uścisku. Czy powinna przeprosić, że mu pogniotła koszulę? Nie powiedziała nic, odwracając głowę w stronę boiska. Lorien Mulciber… się zwyczajnie w świecie zawstydziła i potrzebowała chwili, co by nawrzucać samej sobie jaką to nie jest głupią gęsią. Z pąsem na buzi naprawdę wyglądała jakby żałowała w tej chwili, że wstała rano z łóżka i w ogóle zdecydowała się na mecz przyjść. Ale przynajmniej wpłacili do skarbonki na cele charytatywne sumę, która mogła coś zmienić w czyimś życiu. I to było odrobinę ważniejsze niż jej odrobinę zbyt szybko bijące serduszko.
!BINGO B2
“Przecież to nie nielegalne” zdawało się odpowiadać jej spojrzenie zza ciemnych okularów. Przecież nigdy nie dałaby się złapać na czymś co było nawet odrobinę niemoralne. Była sędzią. Była twarzą Wizengamotu. Ale chociaż na ramionach spoczywały ojcowskie regalia, to twarz Lorien przypominała twarz jej matki - miękką w konturach o cerze jasnej, ale znaczonej południowym słońcem, które widywała tak rzadko. Było w niej coś co przeczyło surowości pełnionej roli, bo choć to Wizengamot ukształtował jej duszę, to ciało należało wciąż do drobnej, nieco tylko ponad trzydziestoletniej kobiety, która po prostu lubowała się w drogich szatach i ozdobach. Każdy jeden element - lekko zadarty nos, wygięte w półuśmieszku usta czy głęboko osadzone pod ciemnymi, dość gęstymi jak na standardy współczesnej mody brwiami - czynił z niej urokliwą kobietę. Taką na której miło było zawiesić wzrok, zupełnie tak jak miło było przed laty zerknąć na Adeline Prewett.
Lorien nie pociągnęła rozmowy o kończącym się sezonie, zbywając temat wzruszeniem ramion. Nie miała w tym roku zbyt wielu okazji, żeby odwiedzić Ascot, a szansa, że dożyje kolejny była dość niewielka. Przynajmniej mogła sięgnąć po alternatywę jaką był Qudditch. To musiało na razie wystarczyć. Pogrążona w rozmowie z kuzynem nie zwróciła uwagi jak pan Moody naraz staje się nieco bardziej… zestresowany? Może gdyby rzeczywiście wypluł z siebie jakąś “nawiedzoną rymowankę” to czarownica spojrzałaby w jego stronę (i pewnie nie oderwałaby od niego wzroku przez cały wieczór, a potem, gdy niewątpliwie znaleźliby się całkiem sami w jego sypialni, kazałaby szeptać sobie do uszka co tam bardziej pro-voldemortowskiego przychodzi mu do głowy. Gods forbidden women have taste for some casual magirasism I guess!), ale po prostu się bardziej spiął, co nieszczególnie Mulciber obeszło. Auror któremu nagle odbija paranoja nie był niczym nowym.
Poczuła jak przysuwa się bliżej. Nie zareagowała. Szansa, że spotkają kogoś kto ich chociaż kojarzy była już wystarczająco duża, a ona nie miała ochoty na karmienie miejscowych plotkar.
W końcu dotarli w bardziej ustronne miejsce. Okazało się, że loża ma tylko dwa miejsca. Inni kibice znajdowali się pod nimi lub daleko naprzeciw. Szczerze powiedziawszy trochę rozumiała ból pana Lupina, gdy żegnał się z biletami. Nawet ona potrafiła dostrzec jak prestiżowe miejsca wyrwał.
W pierwszej chwili nie zauważyła, że auror się w nią tak intensywnie wpatruje, Musiała się wygodnie usadzić, rozpiąć pelerynkę, gdy zrobiło jej się zdecydowanie zbyt ciepło, odsłaniając wyciętą w ramionach szatę, którą miała pod spodem. Ale w końcu odwzajemniła spojrzenie, unosząc pytająco brwi.
Śmiech był… nieoczekiwaną reakcją. Zaraźliwą. Przysłoniła na moment usta, chichocząc cicho. Czy ona kiedykolwiek widziała jak Aaron Andrew Moody się śmieje? Czy ktokolwiek to widział ostatnimi czasy?
- Nie śmiałabym nigdy z pana przecież żartować. Z pewnością jest na to jakiś paragraf.- Odpowiedziała szalenie swoim zapewnieniem rozbawiona. Pomalowanym na czerwono pazurkiem zrobiła krzyżyk na piersi. A potem… nacisnął na jej okulary i poczuła się dziwacznie bezbronna. Nie było to nieprzyjemne uczucie, ale jak inaczej wytłumaczyć dreszcz, który przebiegł jej po plecach, gdy wpatrywała się w czarodzieja niczym pochwycony w klatkę ptaszek? Nie mrugała. Nie odwracała od niego wzroku, zbyt przejęta całą tą sytuacją, by słuchać opowiadanej anegdotki. Znaczy, oczywiście, widziała, że rusza ustami, ale to co mówił? Pojęcia nie miała. Coś tam o drużynie i pałkach i byciu porywczym dzieciakiem?
W każdym razie teraz jestem nieco mądrzejszy.
- Jesteś?- Wyrwało jej się nagle. Na ile mądrym zachowaniem było przyjście z nią tutaj, całowanie jej dłoni na przywitanie? Co mądrego było w zbliżeniu się do czystokrwistej wdowy w wieku własnego syna? A może mądrość tkwiła w tym, że oboje cały czas sobie wmawiali, że to wszystko nie jest żadną randką tylko dziwaczną koleżeńską współpracą?
Odwróciła wzrok dopiero, gdy on go odwrócił, czując jak powoli jej policzki robią się cieplejsze. Nie mogła powstrzymać uśmiechu, choć bogowie jej świadkiem, że próbowała.
Przypominał jej teraz Hati’ego. On też się tak ekscytował na meczach i… to był w sumie jedyny powód, dla którego w ogóle odwiedzała stadion Qudditcha Potrafił jej opowiadać o zagraniach i klubach, dyskutować o tym godzinami. Lubiła to, bo lubiła obserwować ludzkie emocje, nieważne czy te dobre czy złe. Jej własne - stłamszone eliksirami, zawsze wydawały się w pewien sposób odległe; trochę tak jak gdyby ktoś je jej wręczył w małym ozdobnym pudełeczku i kazał pilnować co by z niego nie uciekły. Przewracała oczami, gdy Greyback zrywał się na równe nogi wykrzykując “sędzia kalosz”, by potem otulić ją swoim szalikiem, kiedy mecz przeciągał się kolejne godziny, a “ślepy idiota” ze Slytherinu wciąż jeszcze nie złapał znicza.
Pomyślała, że w młodości pan Moody z pewnością był taki sam jak Hati Greyback i myśl ta sprawiła, że serce zabiło jej odrobinę mocniej.
Skinęła głową, gdy oświadczył, że będą kibicować tym w niebieskich szatach. Nawet zaśmiała się słysząc jakże niestosowny cytat. Rozluźniała się powoli, na moment odsuwając od siebie przerażającą myśli o własnych uczuciach. Nie byli teraz sędzią i aurorem. Nie byli nawet panią Mulciber i panią Moody. Byli po prostu… Lorien i Aaronem.
Gdy czarodziej ryknął na bogu ducha winnego gracza Zjednoczonych, któremu wybitnie nie wyszła beczka i chyba stracił przez to kafla, zaśmiała się serdecznie klaszcząc w dłonie. Przestała się śmiać, dopiero, gdy przysunął jej do nosa omnikulary. Uniosła jedną dłoń, łapiąc go za nadgarstek. Gdyby jeszcze tylko wiedziała na co patrzeć…
- Och spójrz!- Niemal zakrzyknęła, łapiąc moment później Aarona za ramię wolną ręką. Jeden z zawodników właśnie zarył o ziemię, wzbudzając poruszenie pośród zgromadzonych kibiców. Nie był to co prawda ten na którego zagłosowała, ale był z Gargulców.
Więc może pan Moody wytypował dobrze?
Oddała mu szybko omnikulary, co by mógł sobie spojrzeć i… dopiero wtedy uświadomiła sobie, że jest blisko. Zdecydowanie zbyt blisko. Zamrugała raz, drugi, czując na policzki na nowo pokrywa rumieniec. Niby mogła go wytłumaczyć wszystkimi tymi emocjami jakie wzbudził wyjątkowo zacięty mecz, ale… czy Aaron by jej teraz uwierzył? Przygryzła wnętrze policzka, po czym bardzo świadomie wypuściła jego ramię z morderczego uścisku. Czy powinna przeprosić, że mu pogniotła koszulę? Nie powiedziała nic, odwracając głowę w stronę boiska. Lorien Mulciber… się zwyczajnie w świecie zawstydziła i potrzebowała chwili, co by nawrzucać samej sobie jaką to nie jest głupią gęsią. Z pąsem na buzi naprawdę wyglądała jakby żałowała w tej chwili, że wstała rano z łóżka i w ogóle zdecydowała się na mecz przyjść. Ale przynajmniej wpłacili do skarbonki na cele charytatywne sumę, która mogła coś zmienić w czyimś życiu. I to było odrobinę ważniejsze niż jej odrobinę zbyt szybko bijące serduszko.
!BINGO B2