30.03.2026, 16:57 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.03.2026, 17:26 przez Aaron Andrew Moody.)
Obracał przez chwilę w myślach jej nagłe "jesteś?", rzucone jak gdyby na wydechu. Wyrwało się z ust kobiety nieco zbyt pospiesznie, tchnąc rozbrajającą bezpośredniością, na którą sędzia Mulciber pozwalała sobie tak rzadko w obecności innych ludzi. Nauczył się rozpoznawać jej manieryzmy, nie rozumiejąc, jak nieoczywistymi wydają się czasem dla niewtajemniczonych. Ledwo dostrzegalne przewrócenie oczami, gdy ktoś przerywał ich dyskusję przy automacie na kawę. To w jaki sposób chowała ekscytację, maskując ją opanowaniem, nie będąc jednak w stanie ukryć erratyzmu swych odruchów. Tego, jak przechylała gwałtownie głowę w ptasim zwyczaju. Trelów, jakie z siebie wydawała, wybuchając śmiechem. Moody przyglądał się jej bardzo uważnie, gdy rozmawiali. Przyglądał się jej też, gdy rozmawiała z innymi. Wiedział, jaką kawę lubi, owszem. Wiedział także, że zwykła nosić różdżkę w lewym rękawie szaty, a sięgając po nią, zaczepiała czasem o drogi materiał pierścionkami, które zdobiły jej dłoń.
Aaron zawsze zwracał uwagę na to, co ważne. Nie wiedział więc, jak wyjaśnić, że skatalogowane w archiwum jego pamięci wspomnienie odsłoniętych obojczyków Lorien opatrzone było takim samym priorytetem, co treść jej następnego odczytu na posiedzeniu Wizengamotu.
A może nawet i wyższym, nie potrafił nie dodać w myślach.
"Teraz jestem nieco mądrzejszy", rzucił wcześniej, przyzwalając sobie na kpinę. Nie można było przecież traktować się zbyt poważnie... A jednak Lorien nie chciała jego żartów. Podobało mu się, że zawsze była nieco poważna. "Jesteś?", spytała po prostu, a Aaron pozwolił wybrzmieć jej pytaniu. Podobało mu się, że każde słowo ma dla niej znaczenie.
– Daję z siebie wszystko, żeby być – odparł, a choć wciąż mówil żartobliwym tonem, twarz jego przybrała poważniejszy wyraz. Równie prostymi co pytanie Lorien były słowa, które uleciały z ust aurora. Słowa lekkie, a jednak niepozbawione ciężaru wyznania. Oto było przecież osobiste credo Moody'ego. – Nie widać? – Poruszył zabawnie brwiami. – Jak pracuję nad swoim... Aparatem kognitywnym? – dodał przewrotnie, nawiązując do słów, jakie padły podczas niedawnej dyskusji w Ministerstwie Magii. Z powrotem na jego twarz zakradł się wówczas uśmiech, jak gdyby cieszyło go nawiązanie do wspólnej rozmowy, czegoś, co należało tylko do nich, jak gdyby mówili wspólnym językiem, tajnym kodem operacyjnym, którego znaczenia nie znał nikt inny. Cieszyło go też, że Lorien nie nawiązała jakoś bardziej do jego anegdoty, bo była to przecież opowiastka nader głupia. Skarcił się w myślach za to, że ją w ogóle przywołał, ale gdy już wyrzekło się "Puddlemere", trzeba było od razu dodać: "górą!". Nie chciał, żeby brzmiało to wszystko tak, jak gdyby popisywał się przez nią, że kiedyś grał w quidditcha. Wystarczyło, że wciąż czasem łapał się na odgarnianiu włosów do tyłu w ten sam sposób, jaki robił to za młodu, wtedy, gdy zeskakiwał z miotły z czupryną potarganą wiatrem. W takich chwilach wiedział, że najwyższy już czas schwycić za maszynkę. Nie miał przecież piętnastu lat, tylko pięćdziesiąt! Gdyby więc Lorien nawiązała do nieszczęsnej anegdoty o quidditchu, zaśmiałby się tylko, że to bardzo stare czasy. Było nawet takie powiedzenie, że zawodnik quidditcha nie powinien być starszy od drzewa, jakie ścięto, żeby wykonać jego miotłę. Bo przecież miotła była jego głównym atrybutem, tak jak różdżka była atrybutem aurora. W przeciwieństwie do mioteł, różdżki aurorów, im starsze, tym większą legendą zdawały się owiane. Jego własna, odziedziczona po dziadku aurorze, dobijała już stu pięćdziesięciu lat.
Dysproporcja była oczywistą, podobnie jak w przypadku dzielącej ich różnicy wieku. Aaron nie podzielał więc obaw Lorien, że ludzie będą plotkować na ich temat. Może w świecie wielkopańskich salonów zwracano na to uwagę, ale Moody nie był jego częścią. Nie myślał o tym, czy zdrożnym było wyjście gdzieś z kobietą stanu wolnego, gorzej było mu jednak przełknąć, że był niewiele młodszym od jej ojca. Zwłaszcza, że Lorien wyglądała młodo. Bardzo młodo, chociaż Aaron zapominał, że jest aż tak młoda. Może dlatego, że sam nie czuł się jeszcze starym, a może dlatego, że zawsze była dla niego sędzią Wizengamotu, życzliwą znajomą z pracy, z którą zawsze przyjemnie było zamienić kilka słów... Zawiesić nieco dłużej oko. Musiała być po trzydziestce, a przynajmniej miał taką nadzieję. Nie mógł wiedzieć na pewno, a spytać przecież nie wypadało. Może po prostu nie chciał wiedzieć. Nie chciał sobie wyrzucać, że wyprawia się na mecz z kobietą w wieku jego córki, zwłaszcza, że nie czuł wcale istniejącej między nimi różnicy wieku.
Co ty pleciesz, Moody, tylko na nią popatrz.
Wyglądała ślicznie, gdy się rumieniła, zwłaszcza, że kolor tak rzadko gościł na jej buzi. Aaron zdecydowanie odwrócił jednak wzrok od twarzy siedzącej obok kobiety, skupiając się na napowietrznej murawie.
Zawsze zwracał uwagę na to, co ważne, teraz jednak zauważał zbyt wiele. Pamiętał zbyt dokładnie, reagował zbyt... Uważnie. Ważnym było przecież wszystko, co składało się na obecność Lorien. Gdyby tylko potrafił przyznać się przed sobą, że nie była to już wyłącznie wiedza użytkowa, lecz ten rodzaj czułej uważności, która rodziła się na styku fascynacji i przywiązania. Nawet jeśli sam nie chciał jeszcze nazwać tego fascynacją... Nawet jeśli sam nie chciał jeszcze nazwać tego przywiązaniem. Aaron nie wiedział, jak to wszystko nazwać. Może po prostu "randką", pomyślał, podając Lorien ciemne okulary, które spadły jej z nosa, gdy poglądała na boisko przez lornetkę.
Pozwolił, żeby ich dłonie na krótką chwilę zetknęły się ze sobą.
– SĘDZIA KALOSZ – stwierdził chwilę później, zrywając się na nogi, gdy ogwizdano faul.
Aaron zawsze zwracał uwagę na to, co ważne. Nie wiedział więc, jak wyjaśnić, że skatalogowane w archiwum jego pamięci wspomnienie odsłoniętych obojczyków Lorien opatrzone było takim samym priorytetem, co treść jej następnego odczytu na posiedzeniu Wizengamotu.
A może nawet i wyższym, nie potrafił nie dodać w myślach.
"Teraz jestem nieco mądrzejszy", rzucił wcześniej, przyzwalając sobie na kpinę. Nie można było przecież traktować się zbyt poważnie... A jednak Lorien nie chciała jego żartów. Podobało mu się, że zawsze była nieco poważna. "Jesteś?", spytała po prostu, a Aaron pozwolił wybrzmieć jej pytaniu. Podobało mu się, że każde słowo ma dla niej znaczenie.
– Daję z siebie wszystko, żeby być – odparł, a choć wciąż mówil żartobliwym tonem, twarz jego przybrała poważniejszy wyraz. Równie prostymi co pytanie Lorien były słowa, które uleciały z ust aurora. Słowa lekkie, a jednak niepozbawione ciężaru wyznania. Oto było przecież osobiste credo Moody'ego. – Nie widać? – Poruszył zabawnie brwiami. – Jak pracuję nad swoim... Aparatem kognitywnym? – dodał przewrotnie, nawiązując do słów, jakie padły podczas niedawnej dyskusji w Ministerstwie Magii. Z powrotem na jego twarz zakradł się wówczas uśmiech, jak gdyby cieszyło go nawiązanie do wspólnej rozmowy, czegoś, co należało tylko do nich, jak gdyby mówili wspólnym językiem, tajnym kodem operacyjnym, którego znaczenia nie znał nikt inny. Cieszyło go też, że Lorien nie nawiązała jakoś bardziej do jego anegdoty, bo była to przecież opowiastka nader głupia. Skarcił się w myślach za to, że ją w ogóle przywołał, ale gdy już wyrzekło się "Puddlemere", trzeba było od razu dodać: "górą!". Nie chciał, żeby brzmiało to wszystko tak, jak gdyby popisywał się przez nią, że kiedyś grał w quidditcha. Wystarczyło, że wciąż czasem łapał się na odgarnianiu włosów do tyłu w ten sam sposób, jaki robił to za młodu, wtedy, gdy zeskakiwał z miotły z czupryną potarganą wiatrem. W takich chwilach wiedział, że najwyższy już czas schwycić za maszynkę. Nie miał przecież piętnastu lat, tylko pięćdziesiąt! Gdyby więc Lorien nawiązała do nieszczęsnej anegdoty o quidditchu, zaśmiałby się tylko, że to bardzo stare czasy. Było nawet takie powiedzenie, że zawodnik quidditcha nie powinien być starszy od drzewa, jakie ścięto, żeby wykonać jego miotłę. Bo przecież miotła była jego głównym atrybutem, tak jak różdżka była atrybutem aurora. W przeciwieństwie do mioteł, różdżki aurorów, im starsze, tym większą legendą zdawały się owiane. Jego własna, odziedziczona po dziadku aurorze, dobijała już stu pięćdziesięciu lat.
Dysproporcja była oczywistą, podobnie jak w przypadku dzielącej ich różnicy wieku. Aaron nie podzielał więc obaw Lorien, że ludzie będą plotkować na ich temat. Może w świecie wielkopańskich salonów zwracano na to uwagę, ale Moody nie był jego częścią. Nie myślał o tym, czy zdrożnym było wyjście gdzieś z kobietą stanu wolnego, gorzej było mu jednak przełknąć, że był niewiele młodszym od jej ojca. Zwłaszcza, że Lorien wyglądała młodo. Bardzo młodo, chociaż Aaron zapominał, że jest aż tak młoda. Może dlatego, że sam nie czuł się jeszcze starym, a może dlatego, że zawsze była dla niego sędzią Wizengamotu, życzliwą znajomą z pracy, z którą zawsze przyjemnie było zamienić kilka słów... Zawiesić nieco dłużej oko. Musiała być po trzydziestce, a przynajmniej miał taką nadzieję. Nie mógł wiedzieć na pewno, a spytać przecież nie wypadało. Może po prostu nie chciał wiedzieć. Nie chciał sobie wyrzucać, że wyprawia się na mecz z kobietą w wieku jego córki, zwłaszcza, że nie czuł wcale istniejącej między nimi różnicy wieku.
Co ty pleciesz, Moody, tylko na nią popatrz.
Wyglądała ślicznie, gdy się rumieniła, zwłaszcza, że kolor tak rzadko gościł na jej buzi. Aaron zdecydowanie odwrócił jednak wzrok od twarzy siedzącej obok kobiety, skupiając się na napowietrznej murawie.
Zawsze zwracał uwagę na to, co ważne, teraz jednak zauważał zbyt wiele. Pamiętał zbyt dokładnie, reagował zbyt... Uważnie. Ważnym było przecież wszystko, co składało się na obecność Lorien. Gdyby tylko potrafił przyznać się przed sobą, że nie była to już wyłącznie wiedza użytkowa, lecz ten rodzaj czułej uważności, która rodziła się na styku fascynacji i przywiązania. Nawet jeśli sam nie chciał jeszcze nazwać tego fascynacją... Nawet jeśli sam nie chciał jeszcze nazwać tego przywiązaniem. Aaron nie wiedział, jak to wszystko nazwać. Może po prostu "randką", pomyślał, podając Lorien ciemne okulary, które spadły jej z nosa, gdy poglądała na boisko przez lornetkę.
Pozwolił, żeby ich dłonie na krótką chwilę zetknęły się ze sobą.
– SĘDZIA KALOSZ – stwierdził chwilę później, zrywając się na nogi, gdy ogwizdano faul.
Koniec sesji
– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
– The situation is difficult, not me.