Czekała. Jedną trzecią całej tej pracy jako funkcjonariusz było czekanie – wcale nie pościgi i wybuchy, albo papiereczki na biureczku, tylko właśnie to cholerne czekanie, więc po kilku latach takiej szkoły, Victorii nie robiło to większego problemu. Stała sobie oparta o mur najbliższej kamieniczki, starając się nie rzucać w oczy pojedynczych przechodniów, tym bardziej, że większość z nich to byli mugole. To czekanie to był fantastyczny czas na to, by sobie pomyśleć nad sprawami bieżącymi, tymi pilnymi a (być może zwłaszcza) tymi zdecydowanie mniej. Starała się nie myśleć o mieszkaniu na Pokątnej, o dość zdecydowanej i może nawet nieco pospiesznej przeprowadzce do Grasmere, próbowała nie myśleć o powoli, choć nieubłaganie zbliżającym się Samhain i przede wszystkim starała się nie myśleć o Rookwoodzie. Zamiast tego myślała o niedawnej akcji z ratowaniem smoków, o spotkaniu z Brenną, o balu i tym całym „zaskocz mnie”, które rzuciła do Christophera w przypływie jakiejś takiej zaczepności, a które wyewoluowało w to, że miała sobie zarezerwować wieczór za trzy dni.
I myślała sobie też o tym, co ich czeka… w sumie za niedługo. Jak już Brenna i Atreus przyjdą z informacjami i zadecydują co dalej.
W końcu usłyszała znajome głosy i być może odrobine zniecierpliwiona wyszła im na spotkanie, łapiąc ich tuż przy latarni.
– I co, co macie? – rzuciła na przywitanie, patrząc to na jedno, to na drugie. Bulstrode wyglądał jak zawsze, z tym swoim cwaniackim wyrazem twarzy, za to Brenna… też wyglądała jak zawsze. No prawie. Bo jednak cos przykuło spojrzenie Victorii i ta trochę zmrużyła oczy, jakby to miało w czymś pomóc… – Bren… Twoja twarz… Co ci się stało? – w tym świetle wyglądało co najmniej, jakby coś jej tam spuchło.