Ta dociekliwość i nieco nieszablonowe myślenie, była chyba w ich krwi. Bo pytanie, jakie zadała Primrose, w ogóle nie wydało się Victorii dziecinne, albo nieodpowiednie. To było to pragnienie wiedzy, w którym umysł puszczony samopas, wpadał na przeróżne pomysły z zagadnień wszelakich, choć nie każdy był w stanie docenić tę bystrość i inteligencję. Ale tak właśnie zradzały się najgenialniejsze pomysły – od czegoś pozornie niemądrego.
– Być może myśli, że je unicestwia całkowicie? – podsunęła, przez moment zastanawiając się nad pytaniem Primrose, podczas oględzin jedynego mebla, które przetrwało tak okropny pożar. Pożar, który ewidentnie zawalił część domu – nie tutaj w jadalni i kuchni, lecz tam, gdzie było zejście do piwnic i pracowni alchemicznych. Ogień wdarł się i tam, a fiolki z eliksirami nie wytrzymały, pękły, wylewając swoją zawartość, która wymieszała się ze sobą wzajemnie i innymi przechowywanymi tam składnikami, a w połączeniu z ogniem musiało to wytworzyć eksplozję, która zawaliła część budynku – lecz nie tu, gdzie się właśnie znajdowały, oglądając jedyną (poza książkami odpornymi na ogień) ocalałą rzecz. – Może nie myśli o nich już jak o ludziach – dodała. – Nie powinni tu zostawać i tułać się przez wieczność jako echo tego, kim kiedyś byli – los duchów wydawał się Victorii wyjątkowo smutny. Jak mocno skoncentrowana musiała być ich wola, jak bardzo musieli się bać pójść dalej, skoro kurczowo trzymali się świata materialnego i wisieli tutaj tak zawieszeni pomiędzy. Tym bardziej, że Limbo naprawdę istniało. I dusze naprawdę wracały do cyklu. Victoria teraz już wierzyła w to całkowicie. I rozumiała również, dlaczego niektórzy bardzo nie chcieli umrzeć. Dlaczego próbowali za wszelką cenę wydłużyć swoje życie.
– Nie przypominam sobie żebyśmy mieli zabezpieczone przed ogniem dokładnie jedno krzesło – zresztą czy to zabezpieczenie w ogóle wytrzymałoby taką temperaturę, która zniszczyła tu tak wiele rzeczy. Zgadzała się z Prim, że to nie mógł być przypadek, bo rezultat jej zaklęcia… zaskoczył ją. Myślała, że coś się wydarzy, a nie stało się nic. Rozejrzała się jeszcze dookoła, szukając jakichkolwiek wskazówek, lecz… niczego tu nie było. – To nie ma sensu. Ale… Ten ogień nie był normalny. Może jednak nikt go nie podłożył. Aidan pisał mi, że w jego mieszkaniu pojawia się i znika jakiś rysunek po tym całym ataku. Może to krzesło to wiadomość dla nas, że mogło spłonąć wszystko, ale nie musiało, bo wszystko było pod dokładną kontrolą… – wnioski, jakie z tego wyciągała, były… Niewesołe. I pasowały jej do tezy.