Cressida Avery i Victoria Lestrange nie mogłyby być bardziej od siebie różne. Nie tylko pod względem urody – co było widoczne na pierwszy rzut oka: blondynka o jasnej cerze i brunetka o odrobinę ciemniejszej, oliwkowej. Poza jednak kwestią oczywistą, były też kompletnie inne z charakteru. Cressida okazywała swoje emocje na zewnątrz, kręciła i manipulowała, by ugrać coś dla siebie, a Victoria była zdecydowanie spokojniejsza, skrywając swoje myśli i emocje przed światem. Oczywiście, że potrafiła być zazdrosna, ale nie wyobrażała sobie robić takiej sceny, ani publicznie, ani prywatnie – takie rzeczy załatwiało się zupełnie inaczej. Swoją wściekłość na drugą osobę też okazywała w kompletnie inny sposób. Dobrze wychowanek damie zwyczajnie nie przystoiło zachowywać się jak rozwydrzone dziecko.
Pomyślała sobie też, że Cressida i Christopher mają niezwykłą zdolność działania sobie wzajem na nerwy. Wyciągania swoich najgorszych cech na wierzch. Wystarczyło jedno słowo, jeden gest i wybuch był gotowy. Nie, to zdecydowanie nie było pokojowe rozstanie, a dwa miesiące związku wystarczyły im, by się na końcu znienawidzić. Cóż… to chyba znaczyło, że byli kompletnie niekompatybilni.
Victoria przysłuchiwała się tej kolejnej wymianie “zdań”, czy raczej racji, prawd i kłamstw, i była pełna podziwu względem tego, jak Cressida z jakiegoś… amoku przeszła w potulność i niemalże płacz. Naprawdę mogłaby być wspaniałą aktorką, gdyby to taką ścieżkę kariery wybrała. Być może coś w twarzy Victorii wyrażało lekkie rozbawienie tá sytuacja – a raczej nie samą sytuacją, a obserwacjami, do których doszła w tej krótkiej analizie.
Nie, zdecydowanie było im nie po drodze i nie mogłyby być koleżankami.
Ale dobrze, skoro chcieli się sami zająć Cressidą, to Victoria nie mogłaby być szczęśliwsza. I tak nie zamierzała jej karać za to zamieszanie, które sama wywołała. Rzuciła tylko blondynce bardzo przeciągłe spojrzenie i schowała swoją różdżkę.
– Nic nie szkodzi, pani Rosier, nie chowam urazy. Nie trzeba mi niczego wynagradzać – nawet jeśli Cressida ją obraziła – w zasadzie to ona powinna ją przepraszać, a nie Rosierowie. – Właściwie to przyszłam z Chrisem. Przynieśliśmy małą sówkę… – wskazała na klatkę, która teraz bezpiecznie stała na biurku, z małym, ledwo wyklętym pisklakiem, siedzącym sobie pośród mrowia liści. Jeśli pracownice Domu Mody zastanawiały się o co chodzi z tą klatką, to właśnie tajemnica się wyjaśniła.