02.04.2026, 09:58 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.04.2026, 10:05 przez Alice Bletchley.)
Alice weszła do domu razem z mamą, ściskając jej dłoń. Ten dom wiele znaczył... dla nich obu, jednak to Jolene Bletchley stworzyła z niego miejsce, w którym chciało się być. Stanowiła duszę tego miejsca. Dlatego Alice nie wyobrażała sobie, jak musiała cierpieć, kiedy przed jej oczami malował się ten obraz. To, co budowała przez tyle lat... teraz zostało skażone czymś mrocznym, sprzeczny z tym, co to miejsce dotychczas reprezentowało. Dlatego dziewczyna musiała być tu dla niej... nieważne jak sama cierpiała.
Nie było w tej sytuacji na miejscu bać się o swoje rękopisy, a jednak coś w sercu Alice drżało na myśl, że czarna smoła, która pokryła ściany, mogła osadzić się też na kartach jej nowej powieści. Zganiła się za tę myśl. Włożyła w to ogromnie dużo pracy, owszem, ale obecnie... miała na głowie ważniejsze sprawy. Musiała być silna dla mamy, która zawsze dla Alice stanowiła wzór siły, a teraz się kruszyła na kawałeczki. Dla Hestii, która była taka młoda i taka dzielna, ale wciąż potrzebowała starszej siostry, dla taty, który czuł się teraz winny, a przecież nie powinien.
– Być może uda się to jakoś... sprzątnąć? – jej głos zabrzmiał słabo. Szczególnie, że po tych słowach rozległ się jakiś dziki, mrożący krew w żyłach skowyt. Alice poczuła, że serce zamiera jej w piersi. – Co to... co to było? – zająknęła się.
Wtedy go ujrzała, przy wejściu do salonu. Najpierw pomyślała, że na ziemię zwalił się jakiś mebel, być może kredens. Ten jednak stał na miejscu, pokryty czarną sadzą. A na podłodze... na podłodze... leżał człowiek. Mężczyzna, być może koło czterdziestki. Chorobliwie blady, nieruchomy. Najgorsze były jego oczy. Wpatrywały się tępo przed siebie.
Alice poczuła mdłości i natychmiastową potrzebę, by uciec stamtąd, ile sił miała tylko w nogach. Nie potrafiła nic wydusić. Słowa zamarły jej w gardle, łzy znowu pocisnęły się do oczu. Nie mogła w to uwierzyć. Zebrać myśli. Nawet jak się odwróciła, wciąż widziała te oczy.
Nie było w tej sytuacji na miejscu bać się o swoje rękopisy, a jednak coś w sercu Alice drżało na myśl, że czarna smoła, która pokryła ściany, mogła osadzić się też na kartach jej nowej powieści. Zganiła się za tę myśl. Włożyła w to ogromnie dużo pracy, owszem, ale obecnie... miała na głowie ważniejsze sprawy. Musiała być silna dla mamy, która zawsze dla Alice stanowiła wzór siły, a teraz się kruszyła na kawałeczki. Dla Hestii, która była taka młoda i taka dzielna, ale wciąż potrzebowała starszej siostry, dla taty, który czuł się teraz winny, a przecież nie powinien.
– Być może uda się to jakoś... sprzątnąć? – jej głos zabrzmiał słabo. Szczególnie, że po tych słowach rozległ się jakiś dziki, mrożący krew w żyłach skowyt. Alice poczuła, że serce zamiera jej w piersi. – Co to... co to było? – zająknęła się.
Wtedy go ujrzała, przy wejściu do salonu. Najpierw pomyślała, że na ziemię zwalił się jakiś mebel, być może kredens. Ten jednak stał na miejscu, pokryty czarną sadzą. A na podłodze... na podłodze... leżał człowiek. Mężczyzna, być może koło czterdziestki. Chorobliwie blady, nieruchomy. Najgorsze były jego oczy. Wpatrywały się tępo przed siebie.
Alice poczuła mdłości i natychmiastową potrzebę, by uciec stamtąd, ile sił miała tylko w nogach. Nie potrafiła nic wydusić. Słowa zamarły jej w gardle, łzy znowu pocisnęły się do oczu. Nie mogła w to uwierzyć. Zebrać myśli. Nawet jak się odwróciła, wciąż widziała te oczy.