02.04.2026, 21:41 ✶
Chodnik we wspomnieniu był śliski od krwi i również śliski był kamyk, na który nastąpił Hannibal teraz, kiedy lekko, tanecznie odstawił stopę, by odwrócić się w stronę, z której dochodziły nowe odgłosy, a przy tym wysunąć się odrobinę przed Helenę.
Od krwi - nie, od wilgoci z powietrza.
Zrobiło się jakby zimniej.
- Hmm - Selwyn mruknął cichutko. Rewelacje Peregrinusa i Heleny nie napawały otuchą i trochę żałował, że nie został w kurorcie, racząc się drinkami nad basenem, choćby i nieczynnym. Cóż, teraz było za późno na powrót, a już na pewno na pozostawienie towarzyszy samym sobie.
Dźwięki były obce i trochę przerażające, chociaż dla Hannibala nie brzmiały wiele dziwniej i mniej naturalnie, niż dotychczasowe pohukiwania i szelesty. Nie, to cisza między nimi zwróciła jego uwagę. Napęczniała obecnością, jak cisza przed rozpoczęciem aktu, kiedy na scenie stoją już aktorzy, ale zgaszone światła wciąż ukrywają ich przed wzrokiem publiczności, tylko dużo mniej bezpieczna i wypełniona dużo mniej przyjemnym rodzajem oczekiwania.
Niepokój Rowle'ówny upewnił go, że to nie figle płatane przez wyobraźnię. Chwilowo zapomniał o wybuchu.
- Ktoś tu jest - szepnął do niej najciszej, jak mógł. Zerknął na Trelawneya - Rozmawiamy, czy spieprzamy? Mam zrobić światło? - bardziej ukształtował to pytanie wokół wydechu, niż faktycznie je wypowiedział. Opuścił różdżkę, ale utrzymał malutkie światełko na jej końcu, gotów w każdej chwili je powiększyć, by ukazało więcej otoczenia. Wolał się jednak zdać na decyzję jasnowidza, który wydawał się mieć z nich wszystkich najwięcej doświadczenia.
Tymczasem nie odrywał wzroku od ciemności. Upewnił się, że jego stopa na tym śliskim przed chwilą kamyku ma pewne oparcie. Walające się na ziemi odłamki zachrzęściły pod nogami. Hannibal spiął się mimo woli, przeniósł ciężar ciała na jedną stronę i lekko ugiął kolano, by móc się łatwo zerwać - do biegu, uniku, czy walki - nie wiedział, ale czuł się pewniej w tej gotowej do ruchu pozycji.
Od krwi - nie, od wilgoci z powietrza.
Zrobiło się jakby zimniej.
- Hmm - Selwyn mruknął cichutko. Rewelacje Peregrinusa i Heleny nie napawały otuchą i trochę żałował, że nie został w kurorcie, racząc się drinkami nad basenem, choćby i nieczynnym. Cóż, teraz było za późno na powrót, a już na pewno na pozostawienie towarzyszy samym sobie.
Dźwięki były obce i trochę przerażające, chociaż dla Hannibala nie brzmiały wiele dziwniej i mniej naturalnie, niż dotychczasowe pohukiwania i szelesty. Nie, to cisza między nimi zwróciła jego uwagę. Napęczniała obecnością, jak cisza przed rozpoczęciem aktu, kiedy na scenie stoją już aktorzy, ale zgaszone światła wciąż ukrywają ich przed wzrokiem publiczności, tylko dużo mniej bezpieczna i wypełniona dużo mniej przyjemnym rodzajem oczekiwania.
Niepokój Rowle'ówny upewnił go, że to nie figle płatane przez wyobraźnię. Chwilowo zapomniał o wybuchu.
- Ktoś tu jest - szepnął do niej najciszej, jak mógł. Zerknął na Trelawneya - Rozmawiamy, czy spieprzamy? Mam zrobić światło? - bardziej ukształtował to pytanie wokół wydechu, niż faktycznie je wypowiedział. Opuścił różdżkę, ale utrzymał malutkie światełko na jej końcu, gotów w każdej chwili je powiększyć, by ukazało więcej otoczenia. Wolał się jednak zdać na decyzję jasnowidza, który wydawał się mieć z nich wszystkich najwięcej doświadczenia.
Tymczasem nie odrywał wzroku od ciemności. Upewnił się, że jego stopa na tym śliskim przed chwilą kamyku ma pewne oparcie. Walające się na ziemi odłamki zachrzęściły pod nogami. Hannibal spiął się mimo woli, przeniósł ciężar ciała na jedną stronę i lekko ugiął kolano, by móc się łatwo zerwać - do biegu, uniku, czy walki - nie wiedział, ale czuł się pewniej w tej gotowej do ruchu pozycji.