– Przypadkiem jak ich rozdzielałaś – powtórzyła za Brenną, czując jak ciśnie jej się na pierwszy plan retrospekcja bardzo bliźniaczej sytuacji, podczas której Victoria przyglądała się z uwagą podbitego oka Brenny, gdy ta oznajmiła, że próbowała rozdzielić dwóch typów którzy się bili, z czego jednym z nich był wtedy jej narzeczonym, i jeden z nich przypadkiem jej przywalił. Właśnie jej narzeczony. Tak. – Może na przyszłość nie rozdzielaj ich, tylko zwiąż bardzo mocno zaklęciem, najwyżej na siebie wlecą i może wpadnie trochę rozumu do pustych łbów – bić się o quidditcha, też coś. Ale przy tym zmierzyła spojrzeniem Atreusa, bo rzeczywiście dosłyszała co powiedział. Czyli znowu się na kogoś rzucił. – O quidditcha? Serio? Podczas akcji? – pomijając, że przywalił akurat ze wszystkich osób Brennie. Jasne, jej przyjaciółka potrafiła o siebie zadbać, ale jakoś Victorii się nie podobało, że facet, który tamtej się podobał i z którym się… umawiała… przypadkiem trzaskał ją w twarz. Miał cholerne szczęście, że to faktycznie było przypadkiem.
Co było takiego ważnego w quidditchu, żeby się o niego bić, tego chyba nie pojmie nigdy.
– Bren… Może chociaż wyczaruj sobie coś zimnego i przyłóż do tej twarzy, żeby to się nie zrobiło… wiesz… – zwróciła się przy tym do Longbottom, myśląc sobie, że zostawianie tak tego to może nie jest najweselszy pomysł, a i pewnie już bolało jak szlag. Twarz miała to do tego, że była bogato unerwiona, zresztą nawet mimowolnie się poruszało mięśniami, choćby mrugając, ale nawet mówiąc, więc jakoś od razu bywało bardziej bolesne. A może taki lód owinięty w jakąś szmatkę trochę by ten obrzęk obkurczył… Czy coś. Victoria nie znała się nad tym od kwestii szczegółowej, wiedziała po prostu, że na takie stłuczenia dobrze działało zimno.
– Nie, chodźmy tam po prostu. Na miejscu zobaczymy co i jak… – no bo cóż… Skoro nie mieli informacji od informatora, to będą je musieli zdobyć sami.