Gdyby to był ktoś inny, to czułaby się bardzo nie na miejscu słuchając tej kłótni, natomiast… Victoria była wśród swoich i mimo wszystko kibicowała zwłaszcza Brennie, by ta poukładała sobie życie, a skoro już z niej wydusiła to i owo o Atreusie, to już tym bardziej (a nie było łatwo). Nie przerywała im więc, mówiąc, żeby sobie to zostawili na inną okazję, tylko się przysłuchiwała i z delikatnością walca ubijającego niezwykle nierówne podłoże zadawała te swoje pytania. Pytania, które mogłyby się i wydawać zbyt bezpośrednie, ale w tej sytuacji zamierzała kuć żelazo póki gorące. Już nawet pominęła to uderzenie, które w wyniku sceny zazdrości Brenna zarobiła, próbując rozdzielić panów, ewidentnie nie za dobrze czytając atmosferę i intencje. Znała stronę Brenny, a teraz miała okazję poznać tez tę Bulstrode’a.
– Ulżyło mi, że to przyznałeś od razu, Bulstrode. Już się gotowałam na walkę, żeby z ciebie wydusić to i owo – absolutnie nie miała zamiaru puszczać to wyznanie pomimo uszu. Ba, nawet nie pomyślała, że się przejęzyczył! Tak naprawdę to nie gotowała się na żadną walkę, ale już na końcu języka miała odpowiedź na „nie”, którego się spodziewała. Ale było „tak”.
Łuna z jej zaklęcia zamigotała krótko, oznajmiając wszem i wobec, że czar zadziałał – a potem coś jeszcze błysnęło. Zdecydowanie znajdowali się w odpowiednim miejscu, i dobrze, że jednak spróbowała rozproszyć ewentualną magię, bo mogliby się zdziwić.
– No, to cieszę się, że sobie wyjaśniliście, że nie chodziło o żadnego quidditcha. Polecam się na przyszłość – odparła, przechodząc przez otworzone drzwi. W powietrzu unosił się specyficzny zapach dużej ilości książek, porównywalny z tym, co można było odczuć również w bibliotekach. Lestrange miała słabość do tego zapachu i nawet mimowolnie się uśmiechnęła – póki co żadnego smrodu, żadnego niczego. Przesunęła się, robiąc miejsce również dla Atreusa, który wszedł do środka ostatni. – A w ogóle o co chodzi z tym listem? – znaczy się oczywiście chodziło o list od szanownego pana, któremu Atreus sprał to i owo.