Nie od razu odpowiedział. Zamiast tego pozwolił ciszy osiąść między nimi, trudnej, ale nie jeszcze niewygodnej, i tylko kątem oka przyglądał się sylwetce obok. Uważnie, choć pozornie bez zainteresowania, jakby spojrzenie było przypadkowe, jakby niczego w nim nie szukał. A jednak szukał. Zastanawiało go to za każdym razem, choć nigdy nie formułował tej myśli wprost, jak to możliwe, że Atreus potrafił wyglądać tak… spokojnie. Tak zwyczajnie. Jakby świat wokół nich nie próbował co chwilę się rozpaść, jakby nic nie zaciskało się na gardle z uporem, który nie dawał wytchnienia. Jakby nikt nie próbował go zabić, rozszarpać albo odebrać mu czegoś, czego nie da się odzyskać. A mimo to stał obok i palił, z tą swoją niedbałą pewnością, jakby wszystko było dokładnie takie, jakie powinno być, jakby cofnięto ich o kilka lat, do czasów, w których największym problemem było to, czy zdążą na trening albo czy ktoś znowu nie zacznie niepotrzebnej sprzeczki przy stole. Jakby nic się nie zmieniło. Louvain odwrócił wzrok, zanim myśl zdążyła się w nim rozwinąć głębiej. Nie był pewien, czy to kwestia siły, czy raczej… prostoty. Tego, że Atreus nie musiał niczego ukrywać, niczego maskować, niczego rozgrywać na kilku poziomach jednocześnie. Nie musiał udawać. W przeciwieństwie do niego.
Palce Louvaina na moment zatrzymały się na pasku ochraniacza, choć wszystko było już dopięte. Napięcie, które wcześniej rozpraszał mechaniczny ruch, wróciło nagle, cięższe i bardziej konkretne. Ruszył się więc. Najpierw lekko, przeciągając ramiona, potem rozciągając kark, barki, nadgarstki, z krótkimi, kontrolowanymi ruchami, które stopniowo rozbijały resztki napięcia. Wszedł w rytm bez zastanowienia, pozwalając, by ciało przejęło inicjatywę. Bo jeśli zatrzyma się na dłużej, jeśli pozwoli sobie zostać w tej ciszy jeszcze chwilę, wszystko, co właśnie odsunął, wróci szybciej, niż był gotów to przyjąć. Westchnął cicho, bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego. - Loretta wyjechała - powiedział w końcu, tonem pozbawionym ozdobników, jakby chciał mieć to już za sobą, zanim zdąży się rozmyślić. - Do Francji. Na stałe. Słowa opadły między nimi prosto, bez dramatyzmu, bez podkreślania ich znaczenia. Ale coś w nim się zmieniło w tej samej chwili. Napięcie w barkach odpuściło, ledwie zauważalnie, a oddech pogłębił się, jakby dopiero teraz pozwolił sobie naprawdę zaczerpnąć powietrza. Louvain opuścił wzrok na swoje dłonie, przez moment nieruchome, spokojniejsze niż jeszcze chwilę temu. Ulga nie była czymś, co łatwo przychodziło. A jednak była. Cicha, ciężka, niemal niepokojąco wyraźna. - Na szczęście - dodał po chwili, już ciszej, ale szczerzej niż wszystko, co powiedział wcześniej. I tym razem nie próbował tego ukryć.