08.04.2026, 20:25 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.04.2026, 21:47 przez Hannibal Selwyn.
Powód edycji: Dopisano post do rzutu xD
)
Percepcja - czy pokapuję się, że z Peregrinusem jest coś nie tak?
Rzut N 1d100 - 72
Sukces!
Sukces!
Hannibal w pierwszej chwili z ulgą uczepił się polecenia. Działanie, i to w dodatku takie, które dawało mu pretekst, by oddalić się w bezpieczne miejsce wraz z Heleną, sprowadzić pomoc, było dobre. Prosty, jasny cel, coś, co…
Coś…
Coś było nie tak.
Wyciągnął wolną rękę w stronę Heleny, gotów pociągnąć ją ze sobą w stronę kurortu, ale po drodze mimo woli zahaczył wzrokiem o Peregrinusa. Zdawało mu się, czy jego głos był jakiś… nieobecny? “Idźcie”, raczej sugestia, niż rozkaz, za słaba, zbyt opóźniona, jakby jasnowidz był myślami gdzieś daleko.
Hannibal mógł się oczywiście mylić, ale w połączonym świetle jego różdżki i lampionu Trelawneya, twarz tego ostatniego miała nieco zdezorientowany wyraz, jak ktoś, kto dopiero się obudził.
Selwyn jeszcze przed chwilą sprawdzał, czy jest we włoskich ruinach, czy na londyńskiej ulicy.
Skojarzenie nasunęło się samo.
Jak ktoś, kto dopiero wynurzył się z własnej głowy.
Było tu jakieś tajemnicze, niewidzialne szujstwo. Albo niewidoczne w ciemnościach, nie wiadomo, co gorsze. I przemawiało do nich.
I coś opętywało okoliczne zwierzęta.
Jego wzrok zawisł na spływającej po skroni mężczyzny kropli potu.
Wahał się tylko chwilę. Dłoń wykonała jakiś odruchowy ozdobnik, któremu aktor nie poświęcił nawet krzty uwagi i wycofała się, jedynie musnąwszy skórę Rowle. Hannibal płynnym ruchem zwrócił się w stronę Peregrinusa i postąpił bliżej, stając na granicy jego przestrzeni osobistej. Sięgnął do niego - doskonale udawanym przypadkiem trącił jego przedramię, złapał w palce rękaw szaty i pociągnął lekko, żeby przykuć jego uwagę. Dotyk zwykle pomagał.
- Jesteś pewien, że chcesz zostać sam na sam z tym… cokolwiek to jest? - zapytał, teraz już całkiem otwarcie i uważnie przyglądając się Trelawneyowi.
Wszystko w nim buntowało się przeciwko posyłaniu kobiety samotnie w ciemność, ale miał przeczucie, że żadne z nich nie powinno pozostać w ruinach w pojedynkę. Poza tym… to mogło być bezpieczniejsze, niż stawianie czoła widmom. Duchom. Bezcielesnym głosom. Do cholery, Hannibal wcale by nie narzekał, gdyby przestał spotykać na swojej drodze tajemnicze byty, które nawet nie wiedział, jak określać. Coś próbowało go udusić w jego własnym mieszkaniu. Coś przemawiało przez Jessiego wtedy, w mieszkaniu Henry’ego, bełkocząc jakieś kocopoły o ruinach świata, jaki znają, czy jak to tam szło. A teraz coś obracało w ruinę spokojny i zasłużony wypoczynek!
Irytacja niemal całkiem przesłoniła niepokój.
Szarpnął jeszcze raz rękawem jasnowidza, dając jej ujście. Nie brutalnie, ale nieustępliwie, domagając się uwagi, odpowiedzi, reakcji. Czegokolwiek, bo jeżeli Trelawney został opętany, to za chwilę będą się stąd teleportować w te pędy we troje, choćby mieli widzącego zgarnąć siłą.