13.03.2023, 23:49 ✶
Wśród zebranych tu czarodziejów pojawił się również Alastor. Owszem - był oklumentą - ale oklumencja czasami go zawodziła, nie odmówił więc opcji darmowego zabezpieczenia się przed tym, co mogliby zrobić mu podczas Beltane. Sam sobie na coś takiego pozwolić nie mógł - kieszenie miał kompletnie puste. Wypłata przyjdzie dopiero w przyszłym tygodniu i... nie było co się oszukiwać, miał o wiele „ważniejsze” wydatki.
Moody nie należał do osób, które aż tak bardzo przejmowały się tym wszystkim wcześniej. Gdzieś tam z tyłu głowy, gdzie nie chciał tego widzieć, tliła się jakaś świadomość, że to może być koniec - tu i teraz, dzisiaj, wśród tych pięknych drzew w jakiś sposób skończy się świat. Ale on sam by w sobie tego nie wyczytał, a co dopiero inni. Nawet gdyby ktoś zechciał dostrzec dziś jego aurę, nie zobaczy przecież nic poza tym, co on sam zechciałby innym pokazać. Jego obliczu towarzyszył więc spokój.
- Cześć - rzucił im, pojawiając się w pobliżu wraz ze świstem powietrza i liśćmi, które nie pochodziły stąd. Charakterystycznie dla siebie podał im na powitanie rękę, każdemu z osobna, z uśmiechem, może i cieniem nostalgii przy jednej osobie. Nie zrobił jednak nic, co mogłoby kogokolwiek wprawić w myśl, że z Alastorem było coś nie tak. Odebrał rytualne kadzidło i świecę od Mavelle, uważnie powtarzając jej ruchy (które obserwował przed chwilą - z tym wcześniej wspomnianym cieniem pełnym wspomnień, jakich odgrzebywać nie wypadało).
- Wytrzyma - powiedział, nawet mimo świadomości, że Longbottom skierował te słowa do swojej siostry. - To nie jest byle jakie zaklęcie, za co mogę poręczyć. - A był w sztuce rozpraszania niebywale doświadczony. Nie doszedł co prawda do zupełnego mistrzostwa, ale nie można było odmówić mu wiedzy, jaką pochwalić się mogło niewielu. Świecę i kadzidło przekazał dalej, ale... na poprawienie sobie włosów nie wpadł.
Moody nie należał do osób, które aż tak bardzo przejmowały się tym wszystkim wcześniej. Gdzieś tam z tyłu głowy, gdzie nie chciał tego widzieć, tliła się jakaś świadomość, że to może być koniec - tu i teraz, dzisiaj, wśród tych pięknych drzew w jakiś sposób skończy się świat. Ale on sam by w sobie tego nie wyczytał, a co dopiero inni. Nawet gdyby ktoś zechciał dostrzec dziś jego aurę, nie zobaczy przecież nic poza tym, co on sam zechciałby innym pokazać. Jego obliczu towarzyszył więc spokój.
- Cześć - rzucił im, pojawiając się w pobliżu wraz ze świstem powietrza i liśćmi, które nie pochodziły stąd. Charakterystycznie dla siebie podał im na powitanie rękę, każdemu z osobna, z uśmiechem, może i cieniem nostalgii przy jednej osobie. Nie zrobił jednak nic, co mogłoby kogokolwiek wprawić w myśl, że z Alastorem było coś nie tak. Odebrał rytualne kadzidło i świecę od Mavelle, uważnie powtarzając jej ruchy (które obserwował przed chwilą - z tym wcześniej wspomnianym cieniem pełnym wspomnień, jakich odgrzebywać nie wypadało).
- Wytrzyma - powiedział, nawet mimo świadomości, że Longbottom skierował te słowa do swojej siostry. - To nie jest byle jakie zaklęcie, za co mogę poręczyć. - A był w sztuce rozpraszania niebywale doświadczony. Nie doszedł co prawda do zupełnego mistrzostwa, ale nie można było odmówić mu wiedzy, jaką pochwalić się mogło niewielu. Świecę i kadzidło przekazał dalej, ale... na poprawienie sobie włosów nie wpadł.
fear is the mind-killer.