Problem polegał na tym, że byli w środku akcji i po prostu nietrudno było pewne rzeczy zauważyć, z kolei milczenie nie sprzyjało – bo smerf Maruda miał złość wypisaną na twarzy tak bardzo, że przecież się nie powstrzymał i sam powiedział, że złoił skórę „typowi z Wiwerna”. Gdyby tego nie powiedział, to nie byłoby pytań. Chyba nie spodziewał się, że nie zwróci uwagi na twarz Brenny?
Nic nie słyszała i może nawet i lepiej, bo gdy dotarło do niej tak w pełni, co miało tutaj miejsce, to zrobiło jej się bardzo nieprzyjemnie. Nie była tępa i naprawdę wystarczyło po prostu po ludzku powiedzieć, żeby się odwaliła, nie trzeba było tego robić tak ostentacyjnie. Nie zamierzała tam stać jak słup, odsunęła się na kilka kroków od drzwi i po prostu czekała, aż skończą… cokolwiek robili.
Odważne słowa – zakładać, że w ogóle mieli o czym rozmawiać – bo tej łaski Atreusa przyjąć nie zamierzała. Obrzuciła ich spojrzeniem, gdy już otworzyli drzwi, ale to było wszystko. Odpowiedź na uśmiech Brenny wyszła jej gorzej niż blado.
– Jeśli to już wszystko, to wracajmy – powiedziała tylko i odwróciła się do nich plecami. Byli na zapleczu, to mogli spisać ten adres, ona się tam zbliżać nie chciała.
I gdy już wszystko mieli, to się stąd ulotnili, starając się nie zostawić za sobą śladów.