Naszyjnik leżał jak ulał. Jakby był zrobiony dla niej i z myślą o niej, a ona nawet przez moment nie wątpiła, że tak właśnie było. Nie była tylko pewna, czy wynikało to z tego jak Louvain był wyrachowany, czy może jak ciężko było mu się czasem powstrzymać. Niemniej jednak, musnęła znowu opuszkami palców chłodną powierzchnię kamieni, czując jego obecność za sobą i jak zapięcie wreszcie zamyka się, pozwalając by ozdoba z pełną wagą spoczęła na jej skórze.
Pewnie mogłaby się teraz obejrzeć w lusterku, o to akurat wcale nie było tutaj trudno. Oceniłaby, jak prezentowała się dla oczu innych i czy faktycznie, kiedy naszyjnik spoczął już na jej skórze, podkreślał odpowiednio wszelkie jej walory i atuty, a może ujmował im bezwzględnie. Wątpiła, by zdecydowałby się na to drugie, nie kiedy tak skrzętnie dbał o to, by wysyłać jej przepiękne, drogie kreacje od Rosierów, którymi pewnie zachwyciłaby na niejednym czystokrwistym przyjęciu, gdyby tylko ktoś skłonny był ją tam zabrać. Nikogo jednak takiego nie było, więc te wszystkie drogie materiały, kłębiące się od zmyślnych wzorów, haftów i naszyć, spoczywały przede wszystkim w szafach lub cieszyły oczy mieszkańców Nokturna, a ona wcale nie przejmowała się czy któryś z tych ubiorów na tym ucierpi, niszcząc się lub brudząc.
- Czy to nie to samo? - zapytała nieco przewrotnie. Oddanie nadawało jego zachowaniu jakiejś wagi. Była w tym słowie chociaż odrobina emocji czy cechy, którą ludzkość jakkolwiek doceniała. Oddanie było w cenie już od zamierzchłych czasów, kiedy rycerze wyruszali na szlak lub bronili honoru swoich ukochanych. Louvain, oczywiście, nie miał czego dla niej bronić, niemniej jednak ten dysonans chyba tym bardziej się jej podobał.
Odwróciła głowę w jego stronę i przez moment mierzyła go spojrzeniem zielonkawych oczu. Było w nich pewne zastanowienie, ale nie miała zamiaru pytać go, z czego był aż tak zadowolony. Dostała prezent i równie dobrze mógł być usatysfakcjonowany tym, że kolejny już raz coś od niego przyjęła. Nie ważne, czy była to nagroda czy kolejne razy, kiedy próbował niszczyć jej jestestwo.
- Prawdy - zastanowiła się, powtarzając to słowo powoli. Dla niej i karty zawierały w sobie prawdę, chociaż jeśli miałaby być szczera, to sięgała po nie coraz rzadziej. Czuła się, jakby ta prawda przeciekała jej przez palce i nie ważne co robiła, nie była w stanie w pełni jej pochwycić. A potem uniosła lekko podbródek, jakby absolutnie przekonana o tym, że wie o czym mówi. Bardziej jednak niż jego, chciała przekonać samą siebie. - Prawda będzie taka, że on będzie twoim końcem - i nie mogła odpowiedzieć inaczej. Ambrosia potrzebowała do życia miłości, nawet jeśli w tym momencie wydawała się żerować na jej marnych resztkach. Wierzyła jednak, że los był po jej stronie i nie pozwoli by to rozdanie rozegrało się na jej niekorzyść, ale pewnie gdyby Louvain spytałby ją o to samo parę dni później, już po Spalonej Nocy, odpowiedziałaby co innego. Coś o wiele bardziej prawdziwego i bez cienia ułudy, którą karmiła samą siebie. Prawda była taka, że zniszczyliby siebie nawzajem. Nie byłoby żadnego zwycięzcy.
sort of horror