13.04.2026, 15:49 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.04.2026, 16:57 przez Henry Lockhart.)
Niewidzialne ostrze ze świstem poszybowało w stronę splątanych sieci. Niemal w tej samej chwili Ceolsige wysłała swoją miotłę w stronę wiedźmy. Wszystko działo się bardzo szybko, Henry niemal słyszał bicie własnego serca. Mimo szalejącej dookoła ulewy, nie czuł zimna. Był gotów jeszcze walczyć, może nawet podbiec do stworzenia, strącić je ze szczytu z latarni. To nie było jednak konieczne.
Coś ryknęło, a świat zaczął lśnić. A potem zniknął w wirze wody, słonej i słodkiej, chłodnej i ciepłej. Henry’ego objęło coś łagodnego, jakby rodzicielskie objęcia. Zasnął wtulony w coś, co nie istniało, a jednak było tak znajome i uspokajające. Świat zniknął na moment. Żadnego tunelu i światełka, życia przebiegającego przed oczami. Bo przecież nie był to koniec, lecz nowy początek.
Obudził się na piaszczystej plaży, utwardzonej przez morze. Pierwszym, co ujrzał, było słońce. Zmrużył oczy, jego usta rozciągnął uśmiech. Nadszedł nowy dzień. Przeżył.
Podniósł się powoli i zobaczył leżące nieopodal Brynję i Ceo. Całe i zdrowe. Odetchnął z ulgą i z powrotem rzucił się na piasek. Przez chwilę leżał, rozkoszując się ciepłym blaskiem i czystą morską bryzą.
Tak powinien się czuć człowiek nad morzem – pomyślał. – Jakby wszystkie problemy były już nieważne.
Dawno nie wylegiwał się na piasku. Nie miał na to czasu. Ale teraz? Zasłużył na to jak nikt inny. Mógł poleżeć jeszcze chwileczkę. Świat się nie zawali. Już przecież próbował tej nocy i mu nie wyszło. Musiał trochę odpocząć pomiędzy próbami.
Zgryzota zniknęła. Niepokój ulotnił się stąd wraz z klęską wiedźmy z latarni morskiej. Jednak to nie tylko Dunwich się zmieniło. Henry Lockhart, zazwyczaj tak niepewny siebie, był z siebie niezaprzeczalnie dumny. Nie czuł się tak… od dawna. Od bardzo dawna. Uśmiechnął się do siebie. Czy tak wyglądało spełnianie marzeń? Owszem było niebezpieczne, przerażające, ale… tak wyglądała praca dziennikarza.
Dziennikarza śledczego.
W tej chwili, gdy leżał na tej plaży, postanowił, że choćby miał się wykłócać z redakcją, w Proroku ukaże się relacja z Dunwich. Nie chciał oczywiście stawiać się tam w roli głównej. Najlepiej zostawić sprawę ocalenia miasteczka niewyjaśnioną. Przy aktach bohaterstwa anonimowość była pewnym… aktem szczerości intencji. Przynajmniej tak się Heniowi wydawało, gdy leżał na plaży i patrzył w słoneczne niebo.
Wreszcie wstał. Uściskał się z Brynją, a nawet z Ceolsige. Ta noc wykuła nowe wspomnienia i nowe relacje. Z Brynją czuł się jak ze starszą siostrą, a Ceo uważał nie tylko za twardzielkę, lecz też o osobę o szlachetnym sercu. Istnieli dobrzy ludzie na tym świecie i właśnie patrzył na dwie dobre kobiety.
Dopiero wtedy poczuł, że potrzebował kofeiny. I cukru. Najlepiej w nierozsądnie dużych ilościach.
– Miałybyście ochotę na kawę i ciasto? – zapytał i parsknął śmiechem. Brzmiało to z jego strony absurdalnie. Właśnie pokonali morską wiedźmę prosto z koszmarów, a on proponował wyjście do kawiarni? – Umieram z głodu. Woda wyciąga, nie?
Ranek minął im więc na szybkim powrocie do Londynu i przyjemnym spotkaniu w cukierni. A gdy Henry porządnie się wyspał i chwilę odpoczął, zaczął pisać.
Coś ryknęło, a świat zaczął lśnić. A potem zniknął w wirze wody, słonej i słodkiej, chłodnej i ciepłej. Henry’ego objęło coś łagodnego, jakby rodzicielskie objęcia. Zasnął wtulony w coś, co nie istniało, a jednak było tak znajome i uspokajające. Świat zniknął na moment. Żadnego tunelu i światełka, życia przebiegającego przed oczami. Bo przecież nie był to koniec, lecz nowy początek.
Obudził się na piaszczystej plaży, utwardzonej przez morze. Pierwszym, co ujrzał, było słońce. Zmrużył oczy, jego usta rozciągnął uśmiech. Nadszedł nowy dzień. Przeżył.
Podniósł się powoli i zobaczył leżące nieopodal Brynję i Ceo. Całe i zdrowe. Odetchnął z ulgą i z powrotem rzucił się na piasek. Przez chwilę leżał, rozkoszując się ciepłym blaskiem i czystą morską bryzą.
Tak powinien się czuć człowiek nad morzem – pomyślał. – Jakby wszystkie problemy były już nieważne.
Dawno nie wylegiwał się na piasku. Nie miał na to czasu. Ale teraz? Zasłużył na to jak nikt inny. Mógł poleżeć jeszcze chwileczkę. Świat się nie zawali. Już przecież próbował tej nocy i mu nie wyszło. Musiał trochę odpocząć pomiędzy próbami.
Zgryzota zniknęła. Niepokój ulotnił się stąd wraz z klęską wiedźmy z latarni morskiej. Jednak to nie tylko Dunwich się zmieniło. Henry Lockhart, zazwyczaj tak niepewny siebie, był z siebie niezaprzeczalnie dumny. Nie czuł się tak… od dawna. Od bardzo dawna. Uśmiechnął się do siebie. Czy tak wyglądało spełnianie marzeń? Owszem było niebezpieczne, przerażające, ale… tak wyglądała praca dziennikarza.
Dziennikarza śledczego.
W tej chwili, gdy leżał na tej plaży, postanowił, że choćby miał się wykłócać z redakcją, w Proroku ukaże się relacja z Dunwich. Nie chciał oczywiście stawiać się tam w roli głównej. Najlepiej zostawić sprawę ocalenia miasteczka niewyjaśnioną. Przy aktach bohaterstwa anonimowość była pewnym… aktem szczerości intencji. Przynajmniej tak się Heniowi wydawało, gdy leżał na plaży i patrzył w słoneczne niebo.
Wreszcie wstał. Uściskał się z Brynją, a nawet z Ceolsige. Ta noc wykuła nowe wspomnienia i nowe relacje. Z Brynją czuł się jak ze starszą siostrą, a Ceo uważał nie tylko za twardzielkę, lecz też o osobę o szlachetnym sercu. Istnieli dobrzy ludzie na tym świecie i właśnie patrzył na dwie dobre kobiety.
Dopiero wtedy poczuł, że potrzebował kofeiny. I cukru. Najlepiej w nierozsądnie dużych ilościach.
– Miałybyście ochotę na kawę i ciasto? – zapytał i parsknął śmiechem. Brzmiało to z jego strony absurdalnie. Właśnie pokonali morską wiedźmę prosto z koszmarów, a on proponował wyjście do kawiarni? – Umieram z głodu. Woda wyciąga, nie?
Ranek minął im więc na szybkim powrocie do Londynu i przyjemnym spotkaniu w cukierni. A gdy Henry porządnie się wyspał i chwilę odpoczął, zaczął pisać.
Koniec sesji