15.04.2026, 18:35 ✶
To był moment. Uderzenie serca. Poczuł nienawistną woń w powietrzu i zadarł łeb strzygąc uchem, do którego dobiegło ostrzegawcze warknięcie jego własnego gardła, które doskonale wiedziało co się dzieje. Co nadchodzi. Dreszcze przebiegły przez jego ciało, gdy rozpoznał niebezpieczeństwo, choć nie wiedział jeszcze, skąd nadejdzie. Jego ciało się zalane adrenaliną, futro zjeżyło w rytm terkoczącego warkotu.
...nie... dlaczego... znowu...
Nagle, z oddali, usłyszał krótki, stanowczy rozkaz: "Goń!". Z czterech stron wypadły na niego gończe psy, szczekając i warcząc z wściekłością. Nie mógł już zostać w norze, bronić swojej pozycji. Musiał uciekać, musiał walczyć na zewnątrz o przetrwanie pośród gęstej puszczy, kniei zasłanej wijącymi się w chaosie korzeniami. Gończe psy, jego bracia, tacy sami jak on, cztery łapy, głowa, futro. A jednak na ich szyjach lśniły srebrne węże zaciskające się obłudą zwycięstwa, czyniące z nich marionetki w rękach człowieka.
Świst w powietrzu. Poczuł ugryzienie, jakby kły jednego z oprawców wbiły się głęboko, a krew trysnęła z rany brocząc na leśną ściółkę. Nie, to nie zęby. To uścisk złocistej pułapki, gubiącej jego cwał, wgryzającej się w futro i blokującej możliwość...
magii...
...przemiany
Krzyki łowców zlewały się ze sobą, on biegł na oślep szukając jakiegokolwiek miejsca, w którym mógłby się ukryć i zerwać kłami blokadę. Wyrwać ją z siebie, z futrem, ze skórą, z mięsniem, nie ważne. Jak inaczej znów mógłby stać się sobą? Jak mógłby udowodnić tym plugawym psom z Dworu Nocy, że nie jest zwierzyną na którą się poluje tylko...
Dyplomatą.
Tocząc pianę z ust, obficie brocząc krwią zobaczył prześwit w tej plugawej leśnej gęstwienie. Nie myśląc wiele wypadł z krzewów i momentalnie zdał sobie sprawę z popełnionego błędu. Mimo nocnej pory, rozświetlone migotliwymi światełkami tutejszej magii snów i cieni, dwójka tutejszych fae postanowiła... co?
Myśliwi.
Nie był pewien, ale zwaliste ciało ogromnego czarnego wilka myślało za niego. Zziajany, oblepiony pogoni, śliną i krwią, zjeżył się wbijając pazury w leśne poszycie. Z lewego boku sterczała najeżony zębiskami potrzask z dyndającym łańcuchem z którego udało mu się zerwać, w jego biodro wbito kilka jesionowych strzał, żadna jednak nie sięgnęła kluczowych do przeżycia żył.
Barbarzyńcy.
I to mają być ich sojusznicy?! To ma być naród, od którego zależą losy wyspy?! Stalowe oczy wilka utkwione były w postaciach, które napotkał. Nie miał siły uciekać dalej, ale będzie miał siłę, jeśli przyjdzie mu walczyć. Do ostatniej kropli krwi. Bronić honoru Dworu.
Bronić Dworu Wiosny.
Warczał, to była obecnie jego jedyna możliwa droga komunikacji. Jego czujne oczy ześlizgiwały się po sylwetkach, po błoniastych skrzydłach, które teraz napawały go nienawiścią, bo przecież nie trwogą. Sojusz. Wojna. Ostatecznie to dwie strony tej samej monety.
A mógł zostać w komnatach, mógł nie chcieć rozprostować łap, mógł przejrzeć bibliotekę tego dziwacznego miejsca, które jeszcze kilka dekad temu było zasłonięte przed oczami wszystkich, a teraz wszyscy mieli udawać, że to normalne, że Noc tak na prawdę nie posiada podziemnego, obślizgłego miasta wykutego w kamieniu, że to nie ich stolica, och nie nie, tylko piękne miejsce pełne mostów i kadzideł i onirycznych opowieści ze szczęśliwym zakończeniem. Nie lubił miast, nie sądził jednak, że las przywita go otworzeniem żył.
Taki właśnie los dyplomaty.
Krew w piach. A konkretniej w mech, przynajmniej w obecnej chwili.