Wczoraj, 09:58 ✶
Słuchał słów Anthony'ego z niejakim smutkiem i pewną dozą osamotnienia. Podobne tyrady wygłaszał jego ojciec – z pozycji jakże wygodnego centryzmu, z której jednak zmiany postrzegano jako procesy niemal naturalne. Takie, do których trzeba było się dostosować. Płyń z nurtem rzeki. Daj zmianom przyjść w swoim czasie. Kiedy więc? Za dziesięć lat? Nie, więcej. Co najmniej dwadzieścia pięć. Poważna zmiana klasowa była oczywiście niewygodna. Anthony, jako jedna z bogatszych osób w magicznej Anglii, na pewno nie chciał wypuszczać z rąk majątku i statusu. Tego jednak Robert nie wypowiadał na głos. Ojciec nauczył go bowiem kilku dobrych zasad. Na przykład: dobry polityk wie, kiedy mówić, a kiedy milczeć.
– Może prawdę trzeba opakować w ładne opakowanie, by podać ją masom. To prawda. Ale my, jak nikt inny, powinniśmy zdawać sobie z niej sprawę. Nie możemy we własnych szeregach reprodukować populistycznych dyrdymałów, bo jeszcze sami w nie uwierzymy – rzekł gorzko. – Status quo jest dla nas tak cholernie wygodny. Tak miło na sercu się robi, gdy myślimy w ten sposób. Że przecież jesteśmy lepiej kształceni od małego, bo rodzice dbają, żebyśmy poszli w ich ślady. Miło przecież jak ktoś spełnia zadanie systemu oświaty, który przecież my współtworzymy. Miło jak ktoś nas wyręcza. Miło jak nasze dzieci zyskują wysokie stanowiska, bo jesteśmy wtedy z nich strasznie dumni. Nam czystokrwistym jest strasznie dobrze w tym naszym systemie, co prawda nadgryzionym zębem czasu, ale wciąż utrzymywanym naszymi wysiłkami. A wiesz, jaka jest prawda, Anthony? – pochylił się w krześle, spojrzał Anthony'emu w oczy. – Boimy się demokracji. Boimy się głosów, które nie są nasze. Jesteśmy ksenofobami, jesteśmy gnuśną arystokracją, władamy tym krajem tak nieporadnie, że dopuszczamy do tego, by działy się takie rzeczy jak Spalona Noc. Kodeks tajności był podyktowany strachem i wciąż żyjemy w strachu. I Śmierciożercy doskonale wiedzą, przekraczają kolejne granice i patrzą, na co jeszcze zezwolimy, by tylko okopać się w swoich wygodnych pozycjach. A tymczasem młodzi widzą, że mugole prześcignęli nas technologicznie. Więc wiesz co ci powiem? Wolę mugolackie i półkrwi mieszczaństwo niż bandę tchórzy.
Na wzmiankę o radykalizmie, lekko się skrzywił. Nie znosił tego słowa, nie lubił być tak nazywany. Radykalizm brzmiał groźnie. Implikował przemocowe zakusy. Robert był zaś po prostu człowiekiem rozsądnym. Wiedział, że bez działania nic się nie zmieni. A do tego oddolnego, należało wciąż namawiać zwykłych ludzi.
– Nie zamierzam krzyczeć, choć bardzo bym chciał. Chcę przekonać ludzi, że jestem po ich stronie. Wiem, że to nie zawsze jest uczciwa gra. Ale wiedz, że jestem świadomy i zdeterminowany. – Trudno było sobie nie wyobrazić własnej twarzy na plakatach. Własnego imienia skandowanego przez tłumy. Tego jakże kuszącego uwielbienia ze strony mas. – Mógłbym wybrać się do Lozanny razem z tobą, porozmawiać z kanclerzem. A co do ludzi w komisji, nie ma oczywiście żadnego problemu. Rozumiem, że ogarnianie wszechobecnego bajzlu wymaga więcej rąk.
Oczy mu się niemal zaświeciły, gdy Anthony wspomniał o fundacji. Robert starał się na bieżąco wspierać inicjatywy post Spalononocne w ramach działalności prywatnej. A w Dolinie Godryka można było zgromadzić niezły kapitał polityczny. Wiele rodzin półkrwi, trochę czystokrwistych, koegzystencja mugoli i czarodziejów. Idealne miejsce dla Roberta Alberta Croucha.
– Oczywiście, przyjacielu. Masz moje pełne wsparcie – uniósł niemal pustą szklankę w geście toastu. – A o raporty możesz spytać Laurence'a Lestrange'a. Napisałem do niego w sprawie sytuacji mieszkaniowej. Z tego, co kojarzę, oni sami mają tam niezły chaos i wciąż zbierają dane.
– Może prawdę trzeba opakować w ładne opakowanie, by podać ją masom. To prawda. Ale my, jak nikt inny, powinniśmy zdawać sobie z niej sprawę. Nie możemy we własnych szeregach reprodukować populistycznych dyrdymałów, bo jeszcze sami w nie uwierzymy – rzekł gorzko. – Status quo jest dla nas tak cholernie wygodny. Tak miło na sercu się robi, gdy myślimy w ten sposób. Że przecież jesteśmy lepiej kształceni od małego, bo rodzice dbają, żebyśmy poszli w ich ślady. Miło przecież jak ktoś spełnia zadanie systemu oświaty, który przecież my współtworzymy. Miło jak ktoś nas wyręcza. Miło jak nasze dzieci zyskują wysokie stanowiska, bo jesteśmy wtedy z nich strasznie dumni. Nam czystokrwistym jest strasznie dobrze w tym naszym systemie, co prawda nadgryzionym zębem czasu, ale wciąż utrzymywanym naszymi wysiłkami. A wiesz, jaka jest prawda, Anthony? – pochylił się w krześle, spojrzał Anthony'emu w oczy. – Boimy się demokracji. Boimy się głosów, które nie są nasze. Jesteśmy ksenofobami, jesteśmy gnuśną arystokracją, władamy tym krajem tak nieporadnie, że dopuszczamy do tego, by działy się takie rzeczy jak Spalona Noc. Kodeks tajności był podyktowany strachem i wciąż żyjemy w strachu. I Śmierciożercy doskonale wiedzą, przekraczają kolejne granice i patrzą, na co jeszcze zezwolimy, by tylko okopać się w swoich wygodnych pozycjach. A tymczasem młodzi widzą, że mugole prześcignęli nas technologicznie. Więc wiesz co ci powiem? Wolę mugolackie i półkrwi mieszczaństwo niż bandę tchórzy.
Na wzmiankę o radykalizmie, lekko się skrzywił. Nie znosił tego słowa, nie lubił być tak nazywany. Radykalizm brzmiał groźnie. Implikował przemocowe zakusy. Robert był zaś po prostu człowiekiem rozsądnym. Wiedział, że bez działania nic się nie zmieni. A do tego oddolnego, należało wciąż namawiać zwykłych ludzi.
– Nie zamierzam krzyczeć, choć bardzo bym chciał. Chcę przekonać ludzi, że jestem po ich stronie. Wiem, że to nie zawsze jest uczciwa gra. Ale wiedz, że jestem świadomy i zdeterminowany. – Trudno było sobie nie wyobrazić własnej twarzy na plakatach. Własnego imienia skandowanego przez tłumy. Tego jakże kuszącego uwielbienia ze strony mas. – Mógłbym wybrać się do Lozanny razem z tobą, porozmawiać z kanclerzem. A co do ludzi w komisji, nie ma oczywiście żadnego problemu. Rozumiem, że ogarnianie wszechobecnego bajzlu wymaga więcej rąk.
Oczy mu się niemal zaświeciły, gdy Anthony wspomniał o fundacji. Robert starał się na bieżąco wspierać inicjatywy post Spalononocne w ramach działalności prywatnej. A w Dolinie Godryka można było zgromadzić niezły kapitał polityczny. Wiele rodzin półkrwi, trochę czystokrwistych, koegzystencja mugoli i czarodziejów. Idealne miejsce dla Roberta Alberta Croucha.
– Oczywiście, przyjacielu. Masz moje pełne wsparcie – uniósł niemal pustą szklankę w geście toastu. – A o raporty możesz spytać Laurence'a Lestrange'a. Napisałem do niego w sprawie sytuacji mieszkaniowej. Z tego, co kojarzę, oni sami mają tam niezły chaos i wciąż zbierają dane.