18.04.2026, 19:34 ✶
Ceolsige nie zmieniła pozycji, pozwalając, by cisza między nimi wybrzmiała odpowiednio długo. Jedynie lekko uniesione brwi i subtelnie skrzywiony uśmiech nadały jej twarzy wyraz pełnego zrozumienia dla „ciekawości”, o której wspomniała Helloise. Burke doskonale znała ten głód wiedzy, ten specyficzny rodzaj pożądania dla nieuchwytnych skarbów, który nadawał działaniom wyjątkowo sycący smak.
Zwiewnym ruchem złożyła ulotkę na pół i schowała ją do głębokiej kieszeni płaszcza.
— Cenię wyprawy do twojej chaty, Helloise. Między innymi dlatego, że z taką kojącą stabilnością pojawia się u ciebie coś zupełnie niespodziewanego — rzuciła z nutą szczerego rozbawienia w głosie. — Przyjrzę się temu obiektowi. Jeśli ktoś widział oryginał, to zostało gdzieś po tym wspomnienie. Skontaktuję się, jeżeli trafie na jakiś trop.
Przez chwilę wydawało się, że Ceolsige chce dodać coś jeszcze. Jej wzrok powędrował w stronę okna, za którym gęsta, ciemna ściana kniei zmieniła swój wyraz wraz ze zmianą cieni jakie podróż słońca przekształcała wraz z upływem czasu.
Obserwowała, jak wydłużające się cienie kładą się na podłodze kuchni, i przez moment jej twarz spoważniała. — Właściwie... miałam jeszcze jeden temat, który chciałam z tobą omówić — zaczęła, ale zaraz urwała, widząc, jak bardzo zmieniła się pora dnia. Ostatecznie pokręciła głową z lekkim westchnieniem. — Ale czas w dobrym towarzystwie płynie zdecydowanie zbyt szybko. Muszę przełożyć to na inną okazję. Obecne dni obfite są w pilne zajęcia i ulotne okazje.
aczęła się pakować, sprawnie zbierając swoje rzeczy. Kiedy przyszło do uregulowania należności za wieniec i poświęcony czas, Ceolsige nie targowała się ani nie czekała na wycenę gospodyni. Wyjęła sakiewkę i odliczyła sumę, która wśród ludzi Nokturnu mogłaby wydać się wygórowana, ale w oczach Burke była po prostu uczciwa. Może i Helloise nie miała talentu do szacowania rynkowej wartości swoich usług, przedkładając ideowe inicjatywy nad złoto, ale Ceolsige uznawała za skrajnie nieeleganckie wykorzystywanie tej słabości u tak lojalnej i utalentowanej kontrahentki.
— To za twoją dzisiejszą pracę i inspirację — podała monety w niewielkim woreczku wiedźmie, uśmiechając się do niej w sposób, którego szczerość nie zostawiał wiele przestrzeni na sprzeciw. — Odezwię się, gdy tylko dowiem się czegoś konkretnego o naszym „londyńskim” podróżniku.
Pożegnała się krótkim, eleganckim skinieniem głowy i, zabrawszy gotowy wieniec, ruszyła w drogę powrotną, zostawiając za sobą zapach ziół, dymu i niedopowiedzianych tajemnic.
Zwiewnym ruchem złożyła ulotkę na pół i schowała ją do głębokiej kieszeni płaszcza.
— Cenię wyprawy do twojej chaty, Helloise. Między innymi dlatego, że z taką kojącą stabilnością pojawia się u ciebie coś zupełnie niespodziewanego — rzuciła z nutą szczerego rozbawienia w głosie. — Przyjrzę się temu obiektowi. Jeśli ktoś widział oryginał, to zostało gdzieś po tym wspomnienie. Skontaktuję się, jeżeli trafie na jakiś trop.
Przez chwilę wydawało się, że Ceolsige chce dodać coś jeszcze. Jej wzrok powędrował w stronę okna, za którym gęsta, ciemna ściana kniei zmieniła swój wyraz wraz ze zmianą cieni jakie podróż słońca przekształcała wraz z upływem czasu.
Obserwowała, jak wydłużające się cienie kładą się na podłodze kuchni, i przez moment jej twarz spoważniała. — Właściwie... miałam jeszcze jeden temat, który chciałam z tobą omówić — zaczęła, ale zaraz urwała, widząc, jak bardzo zmieniła się pora dnia. Ostatecznie pokręciła głową z lekkim westchnieniem. — Ale czas w dobrym towarzystwie płynie zdecydowanie zbyt szybko. Muszę przełożyć to na inną okazję. Obecne dni obfite są w pilne zajęcia i ulotne okazje.
aczęła się pakować, sprawnie zbierając swoje rzeczy. Kiedy przyszło do uregulowania należności za wieniec i poświęcony czas, Ceolsige nie targowała się ani nie czekała na wycenę gospodyni. Wyjęła sakiewkę i odliczyła sumę, która wśród ludzi Nokturnu mogłaby wydać się wygórowana, ale w oczach Burke była po prostu uczciwa. Może i Helloise nie miała talentu do szacowania rynkowej wartości swoich usług, przedkładając ideowe inicjatywy nad złoto, ale Ceolsige uznawała za skrajnie nieeleganckie wykorzystywanie tej słabości u tak lojalnej i utalentowanej kontrahentki.
— To za twoją dzisiejszą pracę i inspirację — podała monety w niewielkim woreczku wiedźmie, uśmiechając się do niej w sposób, którego szczerość nie zostawiał wiele przestrzeni na sprzeciw. — Odezwię się, gdy tylko dowiem się czegoś konkretnego o naszym „londyńskim” podróżniku.
Pożegnała się krótkim, eleganckim skinieniem głowy i, zabrawszy gotowy wieniec, ruszyła w drogę powrotną, zostawiając za sobą zapach ziół, dymu i niedopowiedzianych tajemnic.
Koniec sesji