- Nigdy nie była moja do oddania - nawet jeśli naprawdę w to nie wierzył, to i tak zamierzał uważać, że Helloise miała tutaj największą sprawczość. Może gdzieś pod tą gruboskórnością i niechęcią faktycznie wciąż stał ten sam chłopaczek, który obserwował ją z wyznaczonej granicy, po tym jak ta dawno ją przekroczyła. Jak biegła przed siebie, nakazując mu by wracał, samej łapiąc tę rzeczoną wolność we własne ręce. A teraz? Teraz wydawało mu się, że nie była w stanie zrobić tego w taki sposób, w jaki by sobie życzył. By była w pełni zdecydowana, a jednocześnie zrozumiała dlaczego tak bardzo zależało mu na tym, by zostawała od tego wszystkie odcięta najdłużej jak tylko mogła.
Jej pytania trafiały w eter. W lekkie przekrzywienie głowy, głębszy wdech, albo pogłębioną na moment zmarszczkę, która usadowiła się między brwiami. Nie chciał jej przerywać, jakby obawiając się że jeśli to zrobi, wszystko co teraz z siebie wyrzuca rozpryśnie się niczym mydlana bańka. Ale w miarę jak mówiła, to ściągnięcie brwi zmieniało się na bardziej gniewne. Nie był zły na nią, o nie. Louvain przekraczał granice, tak samo jej jak i jego, drążąc temat z zaciekłością, której wielu mogłoby pozazdrościć. Szkoda, że z takim samym zainteresowaniem nie drążył swojej kariery, nie niszczył tych wszystkich plotek które krążyły dookoła niego i nie interesował się tym, co działo się z jego siostrą. Służba Czarnemu Panu to była jedno, ale odkąd ten kazał Leviemu zwrócić szczególną uwagę na swoją rodzinę, ten z tym większą rozkoszą łapał się teraz na tych spostrzeżeniach odnośnie Lestrange'a.
- Louvain Lestrange - zaczął powoli, z namysłem wpatrując się już nie w płomień świecy czy samą Helloise, ale gdzieś przed siebie. - To plaga której najlepiej byłoby skręcić kark - rzucił wreszcie cicho, chrapliwym tonem. Sam Rowle chyba nie był pewien, w którym momencie swojego życia ocenił w ten sposób Martesa, ale było coś w tym człowieku coś, co wzbudzało w nim obrzydzenie. Był dobrą Lewą Ręką, ale w momencie kiedy ściągał maskę i czarne szaty, zachowywał się w ten obślizgły, przewrotny sposób zwykłego szaleńca, który zatracił się w swojej pogoni za siłą. Jakby nigdy wcześniej nie doświadczył jej w życiu i już przy pierwszym hauście zachłysnął się nią do granic możliwości, tak że nie był już w stanie myśleć trzeźwo. A mimo tego kalkulował i podążał za tymi wyimaginowanymi wynikami.
W tym momencie, siedząc w ciasnym pokoiku razem z Helloise, nawet nie silił się na to by podtrzymać jakąkolwiek iluzję tajemnicy. To już nie był Martes, bo Martesa w ogóle tutaj tego dnia nie było. O nie, był Louvain Lestrange, który chwalił się swoją sprawczością. Czymś, co zostało mu nadane przez kogoś o wiele przez niego potężniejszego. Bez Czarnego Pana byłby nikim. Kolejną strąconą z piedestału gwiazdką, kolejnym urzędnikiem. Kolejnym nikim.
- Pisał do mnie, kim byłaś. Po Spalonej Nocy. Ale jest to człowiek, który nie rozumie odmowy. Który nie rozumie aluzji - odwrócił wreszcie twarz w jej stronę. - Wiesz czemu chciałem, żeby te sprawy dotyczyły cię jak najmniej? Czemu odmawiałem mu zdradzenia mu kim byłaś? Bo dla niego nie jest istotne kim jesteś. Liczy się to, ile może od ciebie wziąć i na jak dużo mu się pozwoli. Jak bardzo będzie w stanie wcisnąć się pod skórę i zagnieździć tam - słowa były sztywne, przepełnione goryczą, ale te emocje nie płynęły do niej i nie z jej powodu. Był to zawód kogoś, kto uważał się za osobę zupełnie innej kategorii niż omawiana przez niego osoba. Lepszej, oczywiście.
- Ciężko mi zrozumieć, dlaczego uważasz że mój zawód byłby czymś... czymś co miałoby jakiekolwiek znaczenie. Zawsze wracałem, prawda? Zawsze, kiedy tego chciałaś, zawsze kiedy wołałaś, znowu byłem. Wiem, jaki mogę być - głos uspokoił się i wyłagodniał, wyzbywając poprzedniej ostrości. To natomiast co działo się po Spalonej Nocy, cała sprawa z Faye, gorycz jaka w nim wzbierała od dłuższego czasu, tylko pogarszały sprawę. - Czego byś chciała Helloise? Stoisz na granicy, jak zawsze. Wolisz być Helloise spod lasu, z chatki na kurzej łapce, czy może wolisz być Helloise Rowle?