Jego spokój, ten który nosił na sobie jak dobrze skrojony płaszcz, nie miał w sobie nic naturalnego. Był wyuczony, wypracowany latami, dopracowany do tego stopnia, że dla większości stawał się nie do odróżnienia od prawdziwego. Chłód i opanowanie, oraz ta pozorna niewzruszoność. Wszystko to było tylko powierzchnią, pod którą nieustannie coś drgało. W środku czuł się jak rozedrgana linjka zostawiona na krawędzi ławki. Napięta, gotowa w każdej chwili spaść albo wystrzelić w niekontrolowany sposób. Każda kolejna warstwa, którą na siebie nakładał, każda maska dopasowana do sytuacji, zamiast porządkować chaos, tylko go pogłębiała. Fałsz miał swoją cenę, a im dłużej go podtrzymywał, tym trudniej było odróżnić, co jeszcze było świadomą grą, a co już odruchem. Momentami zaczynało mu to przypominać już paranoję. Cichy, bierny strach, który nie potrzebował konkretnych powodów, żeby istnieć. Wystarczyła świadomość, że jedno potknięcie, jedno nieostrożne słowo, jeden moment nieuwagi mogą zostawić rysę, a rysy w jego świecie szybko zamieniały się w pęknięcia. Podejrzenia były czymś, na co nie mógł sobie pozwolić. Nie teraz. Może nigdy. Dlatego trzymał się tego, co działało. Permanentnego cynika. To była rola, którą znał najlepiej. Bezpieczna, przewidywalna, skuteczna. Sarkazm pozwalał rozbroić napięcie, zanim zdążyło przybrać realny kształt, ironia nadawała dystans rzeczom, które z bliska były zbyt ostre, by na nie patrzeć, a ego, wyniesione wysoko ponad wszystko inne, ze szczytu, którego widział, jak zaokrągla się ziemia. Działała jak tarcza, z której wszystko się odbijało. Z tej wysokości łatwiej było udawać, że ma się nad czymś kontrolę, że świat układa się w logiczne wzory i że nic nie jest w stanie naprawdę go dosięgnąć, nawet jeśli gdzieś pod spodem wiedział, jak bardzo było to kruche.
Louvain nawet nie próbował się zastanawiać nad odpowiedzią. Reakcja przyszła natychmiast, krótka i twarda, jakby temat sam w sobie nie zasługiwał na więcej niż ułamek uwagi. W jego odczuciu samo roztrząsanie nazwiska Mulcibera było stratą czasu, czymś poniżej godności, czymś, co tylko niepotrzebnie brudziło rozmowę. Zajmowanie się nim dłużej przypominało grzebanie ręką w czymś, czego lepiej było w ogóle nie dotykać. - Lubisz obchodzić się z gównem?- zapytał ironicznie, ale bardzo stanowczo i ostro. Jeśli coś zdążył zrozumieć przez ten czas, to że operowanie na tym poziomie plotek i półsłówek mijało się z jakąkolwiek słusznością. Nie zamierzał poświęcać temu żadnych poważnych słów ani gestów, jakiekolwiek poważne traktowanie tego tematu stwarzało tylko niepotrzebny precedens. Nie widział w tym żadnej wartości. Mulciber już raz został sprowadzony do poziomu, który najlepiej do niego pasował. Bez godności, bez czegokolwiek, co mogłoby uzasadniać dalsze zainteresowanie. Spłuczka w toalecie stawiała większy opór, niż cygan na afterze. Wspomnienie tego było aż nazbyt wymowne; nawet wtedy nie było w tym wyzwania, raczej coś żałośnie prostego, niemal rozczarowującego. Louvain nie miał zamiaru wracać do czegoś, co nie zostawiło po sobie nic poza niesmakiem.
- A wpieprz dostaniesz zaraz ty gnojku. Louvain prychnął cicho, bardziej pod nosem niż wprost, ale w spojrzeniu pojawiło się coś znajomego, zaczepnego, niemal rozbawionego. Nie czekał na odpowiedź, reszta miała rozegrać się tam, gdzie czuł się pewniej. Dopięcie ostatnich elementów szpeju przyszło szybko i bez zawahania, jeszcze raz przesunął dłonią po ochraniaczach, sprawdzając ich ułożenie, po czym rozruszał barki i kark krótkimi, zdecydowanymi ruchami. Sięgnął po kafel i przez ułamek sekundy obarcał go w dłoniach, jakby sprawdzał czy dopbrze pracuje w dłoniach, a potem, bez ostrzeżenia, zrobił krok do przodu i wcisnął go Atreusowi w tors mocnym, prowokującym pchnięciem. Na tyle silnym, by zachwiać równowagą, na tyle kontrolowanym, by było jasne, że to dopiero początek. Kącik jego ust drgnął w cieniu uśmiechu. Nie potrzebował więcej sygnałów. W następnej chwili był już w ruchu. Odbicie od ziemi przyszło naturalnie, płynnie, a miotła natychmiast odpowiedziała na każdy nacisk. Louvain wzbił się w powietrze szybkim, pewnym lotem, przecinając resztki mgły, która jeszcze chwilę wcześniej osiadała na stadionie. Zajął pozycję niemal instynktownie. Zawisł przed swoją obręczą, ustawiając się pod odpowiednim kątem, ciało lekko napięte, gotowe do reakcji, jedna ręka pewnie na trzonie miotły, druga swobodniejsza, gotowa do przechwytu.