01.05.2026, 22:51 ✶
Hannibal, zgodnie z tradycją, zajmował miejsce po prawicy swego ojca i przyjmował to z pełną rezygnacji godnością. Jedyną zaletą tego miejsca była bliskość dania głównego - pieczonej kaczki, którą właśnie zamierzał zagryźć rybą. Ten sos ze szparagów… Ciekawe, czy jeżeli zje go odpowiednio dużo…
No i była jeszcze rodzina Roberta. Enid siedziała naprzeciwko niego. Właśnie wróciła z Hogwartu na swoją pierwszą wizytę w domu i Hannibal odkrył, że skóra mu cierpnie za każdym razem, kiedy dziewczynka zwraca się do niego per “wujku”.
- Nie chcesz sobie dać siana z tym “wujkiem”? Ty jesteś już dużą panną, a ja czuję się staro, mów mi “Han” po prostu! - zaproponował jej wreszcie.
- A propos “staro” i panien, jak twoje plany w wiadomych sprawach, Hannibalu? - zapytała słodko jedna z ciotek. Hannibal westchnął. No pięknie. Postawił sobie za punkt honoru nie atakować Enid sakramentalnym pytaniem “jak tam w szkole”, a teraz sam był grillowany przez cioteczkę. W przelocie napotkał wzrok kuzynki (kuzynki, “siostrzenica” czy tam “bratanica stryjeczna”) nie przechodziło mu przez gardło) i odparł:
- Ach, na szczęście mam dobrego uzdrowiciela od “wiadomych spraw”. I dyskretnego. Mogę cioci polecić, jak potrzeba?
Enid parsknęła śmiechem w swój talerz, a starsza czarownica prychnęła - wcale nie śmiechem. Hannibal nie sprawdzał nawet, czy Everett usłyszał i jaką ma minę. Temat potencjalnego hannibalowego ożenku jak na razie nie pojawiał się w ich rozmowach i aktor modlił się do Matki, by tak pozostało. To była prawdopodobnie jedyna sprawa, w jakiej się modlił. Ach, no i jeszcze, żeby zabrała to coś, co nawiedzało jego mieszkanie, podglądało go i podduszało, najlepiej razem z całą tą sadzą, w jak najdalsze możliwe pizdu.
W tej sytuacji ze zrozumiałą ulgą i wdzięcznością rzucił się na pytanie Roberta.
- Och, doskonale! Opracowaliśmy bicz, który chlapie sztuczną krwią przy uderzeniu, a nasz kostiumograf wymyślił do tego koszule, które będą od niej rozmakać. Mathi… - rzucił niespokojne spojrzenie w stronę odległego końca stołu, gdzie siedziała Lauretta i kontynuował przyciszonym głosem, choć z nieskrywanym rozbawieniem - Mathilda i Lauretta tańczą dwie główne role kobiece, nienawidzą się! Próby są jak taniec z przerzucaniem się łajnobombami! Są cudowne! - nie doprecyzował, czy komplement dotyczy prób, czy tancerek.
Mógłby teraz miłosiernie rzucić wścibskiej cioteczce ochłap w postaci wspomnienia o osobie towarzyszącej, z którą zamierzał pojawić się na bankiecie, ale z czystej złośliwości postanowił tego nie robić. Jeszcze by się poczuła zachęcona! Mógł jednak przerzucić tego gorącego kartofla w stronę Roberta. Jako ojciec rodziny (choć rozwiedziony, a więc w oczach starszego pokolenia zapewne taki nie do końca prawdziwy), miał taryfę ulgową, a zapewne i poradzić sobie w razie czego umiał niezgorzej.
- Zamierzacie oczywiście przyjść na premierę? - bardziej stwierdził, niż zapytał obu, Roberta i Jonathana - Z kimś szczególnym?
Kobiety siedzące po obu stronach Roberta w idealnej synchronizacji odwróciły nieco głowy w jego stronę. Malutki gest - obie udawały, że wcale nie są szczególnie zainteresowane odpowiedzią. Hannibal uśmiechnął się nie tak do końca niewinnie.
No i była jeszcze rodzina Roberta. Enid siedziała naprzeciwko niego. Właśnie wróciła z Hogwartu na swoją pierwszą wizytę w domu i Hannibal odkrył, że skóra mu cierpnie za każdym razem, kiedy dziewczynka zwraca się do niego per “wujku”.
- Nie chcesz sobie dać siana z tym “wujkiem”? Ty jesteś już dużą panną, a ja czuję się staro, mów mi “Han” po prostu! - zaproponował jej wreszcie.
- A propos “staro” i panien, jak twoje plany w wiadomych sprawach, Hannibalu? - zapytała słodko jedna z ciotek. Hannibal westchnął. No pięknie. Postawił sobie za punkt honoru nie atakować Enid sakramentalnym pytaniem “jak tam w szkole”, a teraz sam był grillowany przez cioteczkę. W przelocie napotkał wzrok kuzynki (kuzynki, “siostrzenica” czy tam “bratanica stryjeczna”) nie przechodziło mu przez gardło) i odparł:
- Ach, na szczęście mam dobrego uzdrowiciela od “wiadomych spraw”. I dyskretnego. Mogę cioci polecić, jak potrzeba?
Enid parsknęła śmiechem w swój talerz, a starsza czarownica prychnęła - wcale nie śmiechem. Hannibal nie sprawdzał nawet, czy Everett usłyszał i jaką ma minę. Temat potencjalnego hannibalowego ożenku jak na razie nie pojawiał się w ich rozmowach i aktor modlił się do Matki, by tak pozostało. To była prawdopodobnie jedyna sprawa, w jakiej się modlił. Ach, no i jeszcze, żeby zabrała to coś, co nawiedzało jego mieszkanie, podglądało go i podduszało, najlepiej razem z całą tą sadzą, w jak najdalsze możliwe pizdu.
W tej sytuacji ze zrozumiałą ulgą i wdzięcznością rzucił się na pytanie Roberta.
- Och, doskonale! Opracowaliśmy bicz, który chlapie sztuczną krwią przy uderzeniu, a nasz kostiumograf wymyślił do tego koszule, które będą od niej rozmakać. Mathi… - rzucił niespokojne spojrzenie w stronę odległego końca stołu, gdzie siedziała Lauretta i kontynuował przyciszonym głosem, choć z nieskrywanym rozbawieniem - Mathilda i Lauretta tańczą dwie główne role kobiece, nienawidzą się! Próby są jak taniec z przerzucaniem się łajnobombami! Są cudowne! - nie doprecyzował, czy komplement dotyczy prób, czy tancerek.
Mógłby teraz miłosiernie rzucić wścibskiej cioteczce ochłap w postaci wspomnienia o osobie towarzyszącej, z którą zamierzał pojawić się na bankiecie, ale z czystej złośliwości postanowił tego nie robić. Jeszcze by się poczuła zachęcona! Mógł jednak przerzucić tego gorącego kartofla w stronę Roberta. Jako ojciec rodziny (choć rozwiedziony, a więc w oczach starszego pokolenia zapewne taki nie do końca prawdziwy), miał taryfę ulgową, a zapewne i poradzić sobie w razie czego umiał niezgorzej.
- Zamierzacie oczywiście przyjść na premierę? - bardziej stwierdził, niż zapytał obu, Roberta i Jonathana - Z kimś szczególnym?
Kobiety siedzące po obu stronach Roberta w idealnej synchronizacji odwróciły nieco głowy w jego stronę. Malutki gest - obie udawały, że wcale nie są szczególnie zainteresowane odpowiedzią. Hannibal uśmiechnął się nie tak do końca niewinnie.