02.05.2026, 22:43 ✶
![[Obrazek: imgproxy.php?id=lbkaJ2F.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=lbkaJ2F.png)
25.09.1972 ranek - biblioteka Maeve
Prawdę powiedziawszy nie często bywała w bibliotece Maeve. Bo i po co. Książki, które chciała - po prostu pani Mulciber kupowała. Zresztą rodzice przed wyprowadzką do Włoch pozostawili w jej rękach okazałe prywatne zasoby. Ministerstwo Magii miało wystarczającą kolekcję tych, których potrzebowała do pracy, a jeśli nagle okazywało się, że należy odkurzyć Traktat o statusie prawnym duchów oraz ich zdolności do posiadania i zarządzania własnością materialną nabytą za życia z 1477 roku słało się asystenta. A kiedy takowego nie było… No co za żart! Zawsze jakiś się znalazł.
A jednak - tego poranka Lorien przekroczyła próg biblioteki trzymając pod ramię posiadacza platynowej karty czytelnika to znaczy Alexandra, rozwodzącego się o mnogości najznamienitszych manuskryptów dotyczących chiromancji, których autorstwo przypisywano pewnemu prymitywnemu plemieniu z puszczy Amazońskiej (Lorien nie kłopotała się z zapamiętaniem nazwy owego plemienia) czy jedynych w swoim rodzaju transkrypcji przepowiedni bułgarskiej Baby Wangi, a te - jak zapewniał - koniecznie musiała zobaczyć, skoro już zaszczyciła to miejsce swoją obecnością.
Nie musiała. Po prawdzie wcale nie chciała. Tak naprawdę potrzebowała tylko i wyłącznie jego karty, ale słowo “biblioteka” wystarczyło, żeby Alexandrowi zaświeciły się oczy jak psu jak dźwięk prostego “spacer”. Zawalony robotą Niewymowny naraz okazał się mieć mnóstwo wolnego czasu; wystarczająco, żeby zabrać ukochaną siostrę do mekki nauki.
Weszła do środka z tą samą miną, z którą zwykle szła przez życie - ostentacyjnie znudzoną, podszytą niecierpliwością, której nawet nie próbowała maskować. Ubrana w przepisowy ministerialny “mundurek”. Choć w przypadku Lorien Mulciber nie było mowy o bezosobowej urzędniczej przeciętności, zdjętej z pierwszego lepszego wieszaka u Madame Malkin. Ciemnozielona, perfekcyjnie skrojona szata z miękko układającej się wełny podkreślała drobną sylwetkę czarownicy. Pod nią - jedwabna koszula widoczna zaledwie przy mankietach i kołnierzyku; na ramiona narzucona peleryna w klasycznym kroju, spięta ministerialną klamrą z godłem Wizengamotu. W rękach trzymała smukłą laseczkę, bardziej będącą chyba akcesorium niż potrzebą (przynajmniej tak długo jak wisiała na ramieniu Alexa).
Biblioteka Maeve nie robiła na niej szczególnego wrażenia, choć niewątpliwie włożono sporo pracy w to, żeby wrażenie jakiekolwiek robiła. Zdobione okna, rokokowe detale i znudzone wiecznym życiem anioły snujące się pod sklepieniem - wszystkiego było “dość” i jeszcze trochę. Zbyt dużo. Oczywiście Alexander chłonął to wszystko jak gąbka.
Odkąd tylko przekroczyli próg, mówił. Jej wspaniały, tajemniczy, oderwany od tego co ludzkie brat, paplał jak najęty o historycznych zbiorach, różnicach między wydaniami, białych krukach brytyjskiej literatury, traktacie jakiegoś anonimowego jasnowidza, który przewidział upadek pięciu ostatnich duńskich Ministrów Magii tak precyzyjnie, że aktualny Minister trzymał kopię pod poduszką. No i mówił o własnym magnum opus - Cygańskich Gwiazdach, które mogła znaleźć na regale 1336 A, czwartej półce od góry, siedemnasta pozycja licząc od lewej, taka w skórzanej oprawie ze srebrnymi tłoczeniami.
Lorien słuchała go połowicznie. Może odrobinę mniej niż połowicznie.
Większa część jej uwagi zajęta była czymś… innym. Quidditchem.
Samo to słowo brzmiało w jej głowie jak coś obcego, nieprzyjemnie cierpkiego. Do tej pory sport latających na miotłach chłopców, obijających się piłkami, funkcjonował gdzieś na obrzeżach jej świadomości, przynależąc do tej samej szufladki pojęciowej co na przykład gotowanie. Coś co działo się obok jej życia - bo tak jak gotować nigdy uczyć się nie planowała, tak samo dotychczas do szczęścia wystarczyło jej wiedzieć, że Quidditch istnieje.
Problem w tym, że ostatnimi czasy to wystarczać przestało.
Nie była głupia. Wiedziała, że podczas ostatniego spotkania z panem Moody’m na stadionie, rozmowa zaczynała jej się wymykać. Przestawała nadążać za tematem, który dla drugiej strony był oczywisty i banalny. Nie znosiła tego. Nie rozumiała kiedy był faul, a kiedy nie, dlaczego sędzia jest kaloszem i jak liczono punktacje w klasyfikacji tabelarycznej. Bo drużyna mogła wygrać, a i tak nie dostać awansu do wyższej Ligii, bo przeciwnicy zdołali złapać trzykrotnie znicza w sezonie poprzednim… To była dla niej czarna magia, a ona w tym tak nieporadna jak jakiś nieszczęśnik w Azkabanie.
Nawet nie chodziło o zasady gry - te, chociaż cholernie chaotyczne zdążyła załapać. Chodziło o uczucie, o ten mały moment, gdy zorientowała się, że Aaron mówi, a ona tylko kiwa głową licząc, że kontekst sam się dopowie. Świadomie czy nie, tłumaczył jej to wszystko jak dziecku.
To było niedopuszczalne.
Właśnie dlatego tu przyszła. Po jedną książkę, najlepiej jak najobszerniejszą, o głupim Quidditchu. Alexandrowi powiedziała, że prowadzą proces przeciwko czarnoksiężnikowi i jego zaklętym kaflom, które posłały do grobu w latach 30. dziesięciu różnych ścigających. Zignorowała pytanie czemu po prostu nie zapytała Greybacka. Przewróciła oczami.
- … dział sportowy wcale nie jest tak oczywisty jak mógłby się zdawać.- Mówił właśnie Alex, skręcając w kolejny korytarz.- Wszystko zależy od tego jak klasyfikowano na przestrzeni lat dziedzinę. Quidditch bywał już przypisywany do historii społecznej, do studiów nad kulturą masową, a nawet do…
A potem zapadła cisza.
Chwila minęła, gdy Lorien zorientowała się, że Alexander jej po prostu gdzieś zniknął. Musiał się wysunąć spod jej ręki, zaaferowany swoim monologiem, robiąc coraz dłuższe kroki i…. czarownica została sama. Jeszcze przed chwilą szedł obok, a teraz nie było go nigdzie.
Może biblioteka zdecydowała się go pożreć, co pewnie przyjąłby z ogromną radością.
Zatrzymała się na moment w miejscu. Rozejrzała. W lewo - książki. W prawo - książki. Świetnie. Regały ciągnęły się w obu kierunkach; ciężkie, wysokie, wypełnione po brzegi najróżniejszymi księgami.
Umrze tu. Umrze i Mulciber będzie jej kurwa żałował.
Nie panikowała. To nadal była po prostu biblioteka publiczna, a nie prastare katakumby. Po prostu… została chwilowo pozbawiona przewodnika. Westchnęła ciężko, postukała laseczką o podłogę i ruszyła dalej. Musieli być blisko, więc w końcu Alex sam się znajdzie. I tak była pod wrażeniem, że zostawił ją tu samą dopiero teraz.
Alchemia Kulinarna. Prasa I. Starożytne Systemy Językowe. Prasa II (pisma archiwalne). Zielarstwo. Ogrodnictwo Magiczne Gospodarstwa Domowego. Rzemiosło.
Moment. Gdzieś po drodze minęli tabliczkę, a Alex spędził parę minut na tłumaczeniu dlaczego umieszczono dział sportowy zaraz obok Rzemiosła Praktycznego. Nie słuchała go.
Skręciła w kolejną alejkę. Przyświecając sobie różdżką zaczęła przeglądać książki, starając się jednak żadnej nie dotykać. Cholera wie czy ich nie zaklęli.
"Historia rozgrywek ligowych 1890-1920."
"Qudditch - największe sensacje XX wieku."
"I ty zbuduj swoją własną, pierwszą miotłę! - edycja kolekcjonerska."
"Kobiety na miotły. Autobiografia Gwendoliny Morgan kapitan Harpii z Holyhead."
To wszystko było nie to. Nie tego szukała. W końcu zadarła głowę oświetlając w panującym dookoła półmroku opasłe, wyglądające na stare i zniszczone tomiszcze. Wybite na grzbiecie litery układały się w długi tytuł. Wademekum - zasady i regulacje współczesnych rozgrywek. Kompendium wiedzy teoretycznej i praktycznej. Wydanie rozszerzone. Bingo.
Wspięła się na palce, ale kogo my oszukujemy - książka była wysoko, a Lorien nisko.
Już miała wziąć się za rzucenie zaklęcia translokacyjnego, gdy usłyszała za sobą kroki. Znajome kroki. W tej całej radości, że znalazła dokładnie to czego potrzebowała, nawet nie zastanowiła się skąd kroki zna. Po prostu założyła, że to Alexander. Dlatego nawet nie odwróciła głowy, gdy machnęła w stronę czarodzieja ręką.
- Podasz mi to? Tą w zielonej okładce, między “Quidditchem dla opornych”, a “Ostatnim gwizdkiem Cypriana Youdle”.