04.05.2026, 07:39 ✶
– Dobrze. To po obiedzie udamy się w kierunku galerii.
Nie zaistniało w nim w zwątpienie w to, że podjęte decyzje były dobre. Bo tak – nie do końca ją rozumiał (zapewne z wzajemnością), ale u Dolohova, oprócz niesamowitej charyzmy, na piedestał można było wystawić również wysoką percepcję, z niej zaś płynęła doskonała analiza sytuacji, w których się znajdował. Domyślał się, że to mogło być irytujące – nie każdy chciał mieć ojca znajdującego w chwilę odpowiedzi na wszystkie pytania i planującego czas tak, jakby był filmem, a nie prawdziwym życiem – ale hej (!), Lyssa wydawała się tym zainteresowana, a więc nie pozostawało mu nic poza uśmiechnięciem się szczerze i wejściem z nią do wnętrza. Prawdę mówiąc, widział je dopiero drugi raz w życiu.
– Charles – powiedział z tym uśmiechem nieprzeznaczonym dla niego, lecz dla jego córki, do mężczyzny ubranego na pierwszy rzut oka po mugolsku, ale kiedy się przypatrzyło mocniej, to miał nawet wyszytą w kolorowej tunice kieszonkę na różdżkę. Dolohov podał mu rękę. Charles poklepał go po ramieniu jak starego druha. – Witamy w Bristolu pana celebryytę, a ty musisz być – odsunął się, żeby spojrzeć na stojącą obok Lyssę. Najwyraźniej Vakel nie musiał go przedstawiać – panienka Lyssa Dolohov? Charles Durham, miło mi poznać. – Do niej również wyciągnął dłoń. Szotstką jak diabli, wyraźnie noszącą na sobie znamiona pracy w kuchni. – I wszystkiego najlepszego! Chodźcie, to was zaprowadzę do stolika.
I tak też zrobił.
Stolik ten znajdował się na antresoli. Pomieszczenie, do którego weszli nie miało drzwi – od przestrzeni mugolskiej oddzielała ją kaskada koralików i kryształów zwisających na cienkich żyłkach. Vakel odchylił je przed Lyssą, a jej oczom ukazało się pomieszczenie o wiele bardziej kameralne. Znajdowało się tutaj o wiele mniej osób, a po ujrzeniu wieszaka na kapelusze jasnym stało się, że wydzielono tę przestrzeń specjalnie dla czarodziejów. Mugolom musiało się wydawać, że znajduje się tu ściana, a nie girlanda – nie patrzyli w tę stronę w ogóle, zaś od drugiej strony wciąż można było podziwiać wystrój wnętrz i rozstawione tu liczne dzieła sztuki.
– Pozwolisz, że daruję sobie rozmowę i nadrobimy ją innym razem – powiedział Dolohov spokojnie, a niejaki Charles mrugnął do niego w zrozumieniu, pozostawiając na stoliku karty dań i zapalając różdżką stojąca na nim świeczkę.
Nie zaistniało w nim w zwątpienie w to, że podjęte decyzje były dobre. Bo tak – nie do końca ją rozumiał (zapewne z wzajemnością), ale u Dolohova, oprócz niesamowitej charyzmy, na piedestał można było wystawić również wysoką percepcję, z niej zaś płynęła doskonała analiza sytuacji, w których się znajdował. Domyślał się, że to mogło być irytujące – nie każdy chciał mieć ojca znajdującego w chwilę odpowiedzi na wszystkie pytania i planującego czas tak, jakby był filmem, a nie prawdziwym życiem – ale hej (!), Lyssa wydawała się tym zainteresowana, a więc nie pozostawało mu nic poza uśmiechnięciem się szczerze i wejściem z nią do wnętrza. Prawdę mówiąc, widział je dopiero drugi raz w życiu.
– Charles – powiedział z tym uśmiechem nieprzeznaczonym dla niego, lecz dla jego córki, do mężczyzny ubranego na pierwszy rzut oka po mugolsku, ale kiedy się przypatrzyło mocniej, to miał nawet wyszytą w kolorowej tunice kieszonkę na różdżkę. Dolohov podał mu rękę. Charles poklepał go po ramieniu jak starego druha. – Witamy w Bristolu pana celebryytę, a ty musisz być – odsunął się, żeby spojrzeć na stojącą obok Lyssę. Najwyraźniej Vakel nie musiał go przedstawiać – panienka Lyssa Dolohov? Charles Durham, miło mi poznać. – Do niej również wyciągnął dłoń. Szotstką jak diabli, wyraźnie noszącą na sobie znamiona pracy w kuchni. – I wszystkiego najlepszego! Chodźcie, to was zaprowadzę do stolika.
I tak też zrobił.
Stolik ten znajdował się na antresoli. Pomieszczenie, do którego weszli nie miało drzwi – od przestrzeni mugolskiej oddzielała ją kaskada koralików i kryształów zwisających na cienkich żyłkach. Vakel odchylił je przed Lyssą, a jej oczom ukazało się pomieszczenie o wiele bardziej kameralne. Znajdowało się tutaj o wiele mniej osób, a po ujrzeniu wieszaka na kapelusze jasnym stało się, że wydzielono tę przestrzeń specjalnie dla czarodziejów. Mugolom musiało się wydawać, że znajduje się tu ściana, a nie girlanda – nie patrzyli w tę stronę w ogóle, zaś od drugiej strony wciąż można było podziwiać wystrój wnętrz i rozstawione tu liczne dzieła sztuki.
– Pozwolisz, że daruję sobie rozmowę i nadrobimy ją innym razem – powiedział Dolohov spokojnie, a niejaki Charles mrugnął do niego w zrozumieniu, pozostawiając na stoliku karty dań i zapalając różdżką stojąca na nim świeczkę.
with all due respect, which is none