Gdyby piekło istniało, nie czekałoby. Nie pozwoliłoby mu leżeć tutaj, w dusznym półmroku dziecięcego pokoju, z dymem zbierającym się pod sufitem i żarem pełznącym powoli po prześcieradle. Upomniałoby się o niego dawno temu. Bez zwłoki, bez tej irytującej zwłoki, która pozostawiała go zawieszonego między tym, co było, a tym, co dopiero miało nadejść. Gdyby istniało, byłoby jednym z biegunów. Surowym, jednoznacznym, niepodważalnym; jedno chciałoby go ukarać, wyciągnąć z niego wszystko, co zepsute, wypalić do czysta, drugie być może przeciwnie. Przyjęłoby go z otwartymi ramionami, włączyło do jakiejś perwersyjnej galerii dokonań, gdzie krzywdy i przekroczenia stają się walutą. Ale nic takiego nie następowało. Żadnego wezwania. Żadnego rozliczenia. Żadnej ręki wyciągniętej z jednej czy drugiej strony. Piekła nie było. Bóg, jeśli kiedykolwiek istniał w tej formie, którą przypisywano mu w rozmaitych opowieściach, dawno przestał mieć znaczenie. A jeśli nawet kiedyś patrzył, jeśli kiedyś oceniał czyny i mierzył winy, to teraz jego spojrzenie nie sięgało już tak daleko. Nie tutaj. Nie do niego. Nie było kar. Nie było sprawiedliwości. Była tylko ciągłość, o której mówiła Desideria. Cykl, obieg, powrót, i coś w nim buntowało się przeciwko tej wizji niemal odruchowo, bo jeśli wszystko wracało, jeśli wszystko się rozmywało i przekształcało, to gdzie trafiało to, co nie powinno zostać wchłonięte, to, co powinno zostać zatrzymane, nazwane, osądzone?
Leżał nieruchomo, czując jak chłód rozlewa się w nim powoli, przeciwstawnie do ciepła żaru, który miał być wyczuwalny pod jego bokiem; dwie sprzeczności, które nie powinny współistnieć, a jednak trwały obok siebie, jakby żadna nie miała prawa zwyciężyć, a gdzieś pomiędzy nimi znajdował się on. Zawieszony, nieprzynależny. - A co zrodzi się ze mnie? Jaki materiał dostarczy ta dusza? - zapytał, stukając się w pierś, zostawiając na każdym słowie szczyptę cynizmu. - Cykl... - powtórzył za nią, w tej samej tonacji, kiedy ostatnim razem próbował ją zranić. Nie w tym, że się z nią nie zgadzał, nie, że zaprzeczał. Ale ten pieprzony cykl, coś co miało być ponad dychotomię tego świata, było do pokonania jak wszystko na jego drodze. - Chciałbym, żeby istniał choć taki, który zmusi mnie do wątpliwości. Cykl życia, powrotu, przemiany, czym właściwie był, jeśli nie kolejnym procesem, takim samym jak deszcz, który spadał i znikał, jak sztorm, który narastał i cichł, jak huragan, który rozrywał przestrzeń tylko po to, by zostawić po sobie ciszę. Wszystko to podlegało prawom, ale prawa nie były święte, były tylko wystarczająco stabilne, dopóki nikt nie próbował ich złamać. A przecież można było. Opium, nie odpowiedź. I jeśli to rzeczywiście było tylko to, jeśli cykl nie był niczym więcej niż kolejnym procesem, kolejnym zjawiskiem, które można zrozumieć, zakłócić, może nawet zatrzymać, to nie było żadnego krańca, żadnej ostatecznej granicy, za którą czekała bezkarność albo rozgrzeszenie; była tylko ciągłość i to, co ktoś odważy się z nią zrobić.
Myśl o ostatniej kłótni wróciła nie proszenie, jako obraz, jako stan. Nagły, ostry, nieproporcjonalny; pamiętał narastającą w nim złość, pamiętał pogardę, pamiętał jak słowa układały się same, jakby ktoś podsuwał je pod język, zanim zdążył je przesączyć przez okruchy sumienia, i nie potrafił znaleźć ich źródła. Znał siebie na tyle dobrze, by rozpoznać mechanizm. Agresja była narzędziem wyuczonym, precyzyjnym, używanym wtedy, gdy sytuacja wymagała kontroli; była też czymś innym, gdy rodziła się z przekonania, z wewnętrznego impulsu, z potrzeby postawienia granicy albo zranienia kogoś, kto na to zasłużył, i w obu przypadkach istniał powód. Tutaj nie było nic. Desideria nie zrobiła niczego, co uzasadniałoby tamten ton, tamte słowa, tamtą pogardę, a jednak wszystko to w nim było. Wstyd pojawił się od razu jako myśl, jako odruch. Krótkie, ostre ukłucie świadomości, że coś w nim przekroczyło granicę, której nie potrafił już usprawiedliwić. Wracał do tamtej rozmowy obrazami wspomnieć, do tonu, do słów, do sposobu, w jaki patrzył na nią, i przez ułamek chwili widział to wyraźniej niż wcześniej, nie przez filtr gniewu, lecz z chłodną, nieprzyjemną trzeźwością. I wtedy poczuł to: nagłe, punktowe ukłucie gdzieś pod skórą, w miejscu ostatniego tatuażu. Powinno mu to coś zasugerować, podsunąć myśl niepokojącą, dociekliwą. Jednak wszystko było zamknięte w tym przeklętym tuszu, który miał utrzymywać wrogi stan rzeczy. Stan w którym Loretta nie musiała znosić irytacji i irracjonalnej zazdrości o Louvaina. Stan w którym nie mogła znieść żadnej jego relacji z kobietami. Swoją przebiegłością rzuciła klątwę na czerń, którą pozwolił umieścić sobie pod skórą, całkowicie nieświadomy tego, że jednocześnie nigdy nie będzie w stanie spojrzeć na Zabini z tą samą czułością co kiedyś. Kawałek ciepła, które przed momentem wydawało się rzeczywiste, ustępowało miejsca chłodowi, a wraz z nim wracało coś znajomego. Niechęć, nieuzasadniona, ale nagle znowu tak bardzo oczywista. Zamknął na moment oczy, jakby próbował uchwycić to, co przed chwilą miał niemal na wyciągnięcie ręki, tę krótką, niewygodną uczciwość wobec niej, ale nie potrafił jej utrzymać. Rozmywała się, ustępowała miejsca bardziej stabilnej wersji rzeczywistości, tej, która nie wymagała przyznawania się do winy. Wyparcie przyszło cicho, niemal płynnie, jakby było zawsze pod ręką. - Dlaczego dalej jesteś? - jego głos był cichy, ale napięty, podszyty czymś ostrym, co nie potrzebowało podniesienia tonu, by zranić. - Naprawdę aż tak mało masz do zaoferowania, że wciąż trzymasz się mnie jak ostatniej deski ratunku?