05.05.2026, 20:59 ✶
Woody nie miał pijakowi za złe, że ten chrapie. Słusznie wierny klient wyznaczał tym chrapaniem (a nawet i okazjonalnym charknięciem czy mlaśnięciem w półśnie) puls całego rozlazłego i przyciszonego o tej porze Rejwachu. Przyciszonego, nie zupełnie cichego, bo gdy w Rejwachu nastanie cisza absolutna, to równie dobrze świat cały może się zacząć zwijać. Nawet teraz gdzieś daleko w tle gramofon sączył rzadkie strużki jazzowych dźwięków, a uwieszone na ścianach portrety… cóż, swoim zwyczajem, portrety na wszystko miały komentarz:
— Z dżemem? — zaskrzeczał zrzędliwie pewien zasuszony dziad olejny na płótnie z rejwachowej galerii. — Naleśnik z dżeeeemem? Z dżemem to jadło dla bab i dzieci. — W najgłębszym oburzeniu poprawił spiczasty kapelusz na łysej głowie ozdobionej kilkoma kępkami smętnych siwych kosmyków.
— Patrzcie tylko, ten niby tak się na kuchni zna! Co ty się znasz? Co ty się znasz, pytam! — huknął na niego portret wąsatego Errola, innego byłego pana na Rejwachu. — Żeś swojego pierwszego dnia tu był mojego kucharza zwolnił. I ty się o kuchni bydziesz wypowiadał. Dobry kucharz był, a ty takie nie wiadomo co sprowadziłeś.
I się potoczyło od jednego do drugiego, od drwiny do drwiny, lecz któż by tegoż starczego pierdolenia słuchał, skoro grane było ono dzień w dzień, poza tymi rzadkimi dniami, gdy już się wytrzymać zupełnie nie dało i Woody spuszczał na przyjemniaczków wygłuszające kotary.
Sam poczciwiec Woody nic przeciwko konsumpcji dżemów na śniadanie nie miał. Sam by nie zjadł, bo chłop lubił pojeść konkretnie — cały stos kanapek, a na talerz obok jeszcze kiełbaska albo i trzy, palce lizać — lecz lekcji tolerancji odebrał zbyt wiele w życiu, aby obchodziło go, czym to zajadają się inni.
Gorzej, że tego dżemu to mu Lewis kazał samemu szukać, bo zajęty był. Tyleż dobrego, że chociaż naleśniki czekały gotowe. Stary znalazł więc dżem i jakiś nóż… ach, troszkę brudny, chyba po masełku.
— Absolutnie nie! Nic u nas nie puszczamy! — odkrzyknął odruchowo znad tych angażujących kuchennych zajęć.
Wziął nóż opłukał i wytarł w rękaw swojej flanelowej koszuli… no, już, jak ta lala, aż błyszczy. Dokładnych źródeł zabrudzeń i innych lepkości rejwachowych dawno już przestał Tarp w głowie dociekać — zbyt wielu ludzi tutaj generowało syf, a i genezę nie każdej plamy chciałby znać.
Wrócił więc do zafascynowanego flaszkami Zenona ze słuszną stertą naleśników i osobno słojem dżemu, w który zatknął nóż, coby sobie chłopak narobił, ile mu wlezie. Postawił wszystko przed Kozłem, po czym wielka sylwetka gospodarza klapnęła ciężko na jednym ze stołków po stronie baru przeznaczonej dla gości.
— Żadnych nowych duchów, chyba że chcesz pannie McKinnon płacić, żeby tu przyszła egzorcyzmy odprawiać — pouczył, opierając się na łokciu o blat. — Ale to już ze swojej kieszeni zasponsorujesz nam wtedy takie rozrywki. Ja tu więcej niż jednego umarlaka trzymał nie będę.
Któryś portret z tyłu coś dorzucił o tym, że na Enjorlasa to też już najwyższa pora, lecz Woody go w wielkim stylu zignorował.
— Trzeba będzie zacząć niestety od najgorszego — mówił tymczasem, dumając nad ich dzisiejszym zajęciem. — Od sprzątania, bo taki śmietnik tam na górze w tych ruderach, że szkoda gadać.
— Z dżemem? — zaskrzeczał zrzędliwie pewien zasuszony dziad olejny na płótnie z rejwachowej galerii. — Naleśnik z dżeeeemem? Z dżemem to jadło dla bab i dzieci. — W najgłębszym oburzeniu poprawił spiczasty kapelusz na łysej głowie ozdobionej kilkoma kępkami smętnych siwych kosmyków.
— Patrzcie tylko, ten niby tak się na kuchni zna! Co ty się znasz? Co ty się znasz, pytam! — huknął na niego portret wąsatego Errola, innego byłego pana na Rejwachu. — Żeś swojego pierwszego dnia tu był mojego kucharza zwolnił. I ty się o kuchni bydziesz wypowiadał. Dobry kucharz był, a ty takie nie wiadomo co sprowadziłeś.
I się potoczyło od jednego do drugiego, od drwiny do drwiny, lecz któż by tegoż starczego pierdolenia słuchał, skoro grane było ono dzień w dzień, poza tymi rzadkimi dniami, gdy już się wytrzymać zupełnie nie dało i Woody spuszczał na przyjemniaczków wygłuszające kotary.
Sam poczciwiec Woody nic przeciwko konsumpcji dżemów na śniadanie nie miał. Sam by nie zjadł, bo chłop lubił pojeść konkretnie — cały stos kanapek, a na talerz obok jeszcze kiełbaska albo i trzy, palce lizać — lecz lekcji tolerancji odebrał zbyt wiele w życiu, aby obchodziło go, czym to zajadają się inni.
Gorzej, że tego dżemu to mu Lewis kazał samemu szukać, bo zajęty był. Tyleż dobrego, że chociaż naleśniki czekały gotowe. Stary znalazł więc dżem i jakiś nóż… ach, troszkę brudny, chyba po masełku.
— Absolutnie nie! Nic u nas nie puszczamy! — odkrzyknął odruchowo znad tych angażujących kuchennych zajęć.
Wziął nóż opłukał i wytarł w rękaw swojej flanelowej koszuli… no, już, jak ta lala, aż błyszczy. Dokładnych źródeł zabrudzeń i innych lepkości rejwachowych dawno już przestał Tarp w głowie dociekać — zbyt wielu ludzi tutaj generowało syf, a i genezę nie każdej plamy chciałby znać.
Wrócił więc do zafascynowanego flaszkami Zenona ze słuszną stertą naleśników i osobno słojem dżemu, w który zatknął nóż, coby sobie chłopak narobił, ile mu wlezie. Postawił wszystko przed Kozłem, po czym wielka sylwetka gospodarza klapnęła ciężko na jednym ze stołków po stronie baru przeznaczonej dla gości.
— Żadnych nowych duchów, chyba że chcesz pannie McKinnon płacić, żeby tu przyszła egzorcyzmy odprawiać — pouczył, opierając się na łokciu o blat. — Ale to już ze swojej kieszeni zasponsorujesz nam wtedy takie rozrywki. Ja tu więcej niż jednego umarlaka trzymał nie będę.
Któryś portret z tyłu coś dorzucił o tym, że na Enjorlasa to też już najwyższa pora, lecz Woody go w wielkim stylu zignorował.
— Trzeba będzie zacząć niestety od najgorszego — mówił tymczasem, dumając nad ich dzisiejszym zajęciem. — Od sprzątania, bo taki śmietnik tam na górze w tych ruderach, że szkoda gadać.
piw0 to moje paliwo