06.05.2026, 07:54 ✶
Łup, łup, łup.
Kiedyś mieli takiego pacjenta mugolskiego pochodzenia, który zapomniał, że jest czarodziejem i uroił sobie bycie porwanym przez „przybyszów z kosmosu”. Zdaniem jej współpracowników nawet pasowało do niej bycie kosmitką i chyba za bardzo wczuła się w to, co wystukiwał na ścianie Munga, bo nawet sprawdziła po co on tak szybko coś stukał, a potem robił przerwy. To był jakiś mugolski alfabet, zupełnie jej zbędny, ale dowiedziała się o możliwości wzywania w ten sposób pomocy.
Stuk, stuk, bam.
Prześladowało ją to teraz.
Tak, wszystkie znaki na niebie i ziemi malowały w wyobraźni obraz irytującego sąsiada, który miał gdzieś wszystkich innych i kupił swojemu dziecku bęben. Jeszcze samo kupienie dziecku bębna – spoko, jakoś by to zniosła, zresztą właściwie wszyscy mieszkańcy tej kamienicy przychodzili tutaj tylko spać, ale... Na świecącą dupę Louvaina, zabierzcie mu ten bęben kiedy zbliża się pora snu. Przecież ona cały dzień spędziła w Lecznicy i rano musiała wstać do niej znowu. Ta sytuacja jeszcze dobitniej uświadamiała jej, że nie była ani gotowa ani chętna do pracy. Właściwie, to kiedy bębny nadal dudniły po typowej porze kiedy dzieciaki zaczynało odcinać, do Primrose powoli docierało, że to żadne dziecko z bębenkiem, tylko...
a) spędziła z pierdolniętymi tak dużo czasu, że sama została pierdolnięta,
b) któreś okno jest pewnie otwarte i zamiast piszczeć to tak dudni, a ona głupia niby się przeszła po domu i to posprawdzała, ale o którymś oknie zapomniała albo nie wie,
c) to jest ktoś dorosły i może na niego nakrzyczeć i się popłakać, to na pewno mu pokaże (!),
d) a co jeśli ktoś wzywał pomocy...?
No i tak sobie siedziała w pokoju ze swoją nową przytulanką, przesuwała palcami po materiale i myślała nad tym, czy pamięta cokolwiek z tamtego dnia, kiedy o tym czytała w bibliotece Maeve. Nic. Zero. Gówno. Hańba. Nie wracajcie do domu. No bo po co miałaby uczyć się tego na pamięć, skoro korzystali z tego mugole. Żeby komunikować się z wariatami?
Usłyszała, jak Victoria wraca do domu, ale nawet się nie podniosła. Obie słusznie założyły, że druga próbuje spać, a jutro też był dzień, a potem...
Jak ten miś nie wystrzelił do góry, kiedy Primrose poderwała się do biegu. Wpadła w panikę od samego „nie!”, zbędna była reszta akompaniamentów dźwiękowych, a było ich sporo – dalsze łupanie, rozbite szkło – nie wiedziała skąd znalazła w sobie moc wejścia tam, skoro i tak momentalnie dostanie paraliżu, ale... PRZYNAJMNIEJ MOGŁY UMRZEĆ RAZEM.
– Victoria?! – Jej pisk niósł w sobie jeszcze większe przerażenie, chociaż to nie ona zobaczyła pod kołdrą jakąś maszkarę. Z czubka jej różdżki świecił się nędzny Lumos, który zgasł momentalnie, kiedy sapnęła. Wciąż odziana w uzdrowicielski kitel, z ułożonymi włosami, wyglądała jakby dopiero co wróciła z pracy.
W gruncie rzeczy, poza rozbitą fiolką nie było tu nic strasznego...
– Pająka masz na pościeli?
Kiedyś mieli takiego pacjenta mugolskiego pochodzenia, który zapomniał, że jest czarodziejem i uroił sobie bycie porwanym przez „przybyszów z kosmosu”. Zdaniem jej współpracowników nawet pasowało do niej bycie kosmitką i chyba za bardzo wczuła się w to, co wystukiwał na ścianie Munga, bo nawet sprawdziła po co on tak szybko coś stukał, a potem robił przerwy. To był jakiś mugolski alfabet, zupełnie jej zbędny, ale dowiedziała się o możliwości wzywania w ten sposób pomocy.
Stuk, stuk, bam.
Prześladowało ją to teraz.
Tak, wszystkie znaki na niebie i ziemi malowały w wyobraźni obraz irytującego sąsiada, który miał gdzieś wszystkich innych i kupił swojemu dziecku bęben. Jeszcze samo kupienie dziecku bębna – spoko, jakoś by to zniosła, zresztą właściwie wszyscy mieszkańcy tej kamienicy przychodzili tutaj tylko spać, ale... Na świecącą dupę Louvaina, zabierzcie mu ten bęben kiedy zbliża się pora snu. Przecież ona cały dzień spędziła w Lecznicy i rano musiała wstać do niej znowu. Ta sytuacja jeszcze dobitniej uświadamiała jej, że nie była ani gotowa ani chętna do pracy. Właściwie, to kiedy bębny nadal dudniły po typowej porze kiedy dzieciaki zaczynało odcinać, do Primrose powoli docierało, że to żadne dziecko z bębenkiem, tylko...
a) spędziła z pierdolniętymi tak dużo czasu, że sama została pierdolnięta,
b) któreś okno jest pewnie otwarte i zamiast piszczeć to tak dudni, a ona głupia niby się przeszła po domu i to posprawdzała, ale o którymś oknie zapomniała albo nie wie,
c) to jest ktoś dorosły i może na niego nakrzyczeć i się popłakać, to na pewno mu pokaże (!),
d) a co jeśli ktoś wzywał pomocy...?
No i tak sobie siedziała w pokoju ze swoją nową przytulanką, przesuwała palcami po materiale i myślała nad tym, czy pamięta cokolwiek z tamtego dnia, kiedy o tym czytała w bibliotece Maeve. Nic. Zero. Gówno. Hańba. Nie wracajcie do domu. No bo po co miałaby uczyć się tego na pamięć, skoro korzystali z tego mugole. Żeby komunikować się z wariatami?
Usłyszała, jak Victoria wraca do domu, ale nawet się nie podniosła. Obie słusznie założyły, że druga próbuje spać, a jutro też był dzień, a potem...
Jak ten miś nie wystrzelił do góry, kiedy Primrose poderwała się do biegu. Wpadła w panikę od samego „nie!”, zbędna była reszta akompaniamentów dźwiękowych, a było ich sporo – dalsze łupanie, rozbite szkło – nie wiedziała skąd znalazła w sobie moc wejścia tam, skoro i tak momentalnie dostanie paraliżu, ale... PRZYNAJMNIEJ MOGŁY UMRZEĆ RAZEM.
– Victoria?! – Jej pisk niósł w sobie jeszcze większe przerażenie, chociaż to nie ona zobaczyła pod kołdrą jakąś maszkarę. Z czubka jej różdżki świecił się nędzny Lumos, który zgasł momentalnie, kiedy sapnęła. Wciąż odziana w uzdrowicielski kitel, z ułożonymi włosami, wyglądała jakby dopiero co wróciła z pracy.
W gruncie rzeczy, poza rozbitą fiolką nie było tu nic strasznego...
– Pająka masz na pościeli?