Laurence,
to nie jest żadna wielka tajemnica. Z tego co zrozumiałam (i o ile wszystko dobrze pamiętam), urzędnicy z Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów znaleźli jakiś dziwaczny pakunek w jednym z magazynów. W paczce były rośliny, które zostały zjedzone przez jedną z nich, która trochę się rozrosła i nawet tych urzędników zaatakowała. W lipcu byłam na spotkaniu Towarzystwa Herbologicznego, na którym oglądaliśmy i badaliśmy ten okaz – to była właśnie pustynna mandragora, ale przy której ktoś ewidentnie majstrował, bo nie zachowywała się zupełnie jak typowy okaz tego gatunku. Urosła do naprawdę ogromnych rozmiarów, a jak chcieliśmy odsłonić trochę ziemi z tuby, w której siedziała i dokładnie się jej przyjrzeć, to okazało się, że właściwie to były dwie sztuki, a nie jedna, i jedna pożywiała się na drugiej… Dosłownie ją jadła. A potem się obudziła, wrzeszczała i trzaskała witkami, póki jej nie przysypaliśmy znowu ziemią…
Nie wiem czy to ci pomoże, bo nie mamy żadnych danych, jedyna próbka, jaką wtedy pobraliśmy do badania, została zniszczona przez jednego z uczestników tamtego spotkania… Po co babci ta pustynna mandragora?