07.05.2026, 01:45 ✶
— Zatem albo ma silne argumenty, które dają mu absolutną protekcję w oczach waszego pana, albo pewnego dnia zabraknie mu łask. Jeśli potrzebujesz więcej dowodów na lekkomyślność Lestrange’a, to w chwilę po tym, jak pierwszy raz się zobaczyliśmy, rozbroił się całkiem, odrzucił przede mną różdżkę. Takim jak on często wystarczy pozwolić popełniać błędy, a pogrążą się sami.
A czasem głupi miał, niestety, szczęście.
Przeprosiny Leviathana wybrzmiały niespodziewanie, bo Helloise przestała ich wypatrywać. Wiedziała, że nie przyszły mu łatwo, więc ceniła je wysoko. Poczuła wówczas ulgę i nadzieję, że oto na nowo rzucono między nich most prawdziwego porozumienia.
— Dziękuję — wyszeptała, rozmiękczona nie tylko słowami, ale i ustami odciśniętymi na jej nadgarstku. Dziękowała mu tym samym tonem, jakim dziękowała, gdy dawał jej w Nocy maskę przed pójściem do Ataraxii. Gdy poprosił, żeby byli tylko Draconisem i kobietą pod tą maską. Przyjęła wtedy jego wersję i grała posłusznie wyznaczoną przez niego rolę… zanim wszystko się skomplikowało. — Przepraszam, że to się tak skończyło. Wiem, że nie tego chciałeś — powiedziała nie bez nuty smutku, bo i ona jeszcze do niedawna nie rozważyłaby dla siebie takiej drogi; pławiła się swoją wygodną nieświadomością i życiem z dala od konfliktu. — Ale masz rację. Tę decyzję podjęłam ja i nie obwinię cię za nic, co przyjdzie po niej. Chciałam tylko, żebyś rozumiał, dlaczego tak się stało i nie winił mnie za to, że znalazłam się… tutaj.
Ona nie czuła, aby musiała wybrać. Helloise nigdy nie rozumiała konceptu tego, że dla świata należało jawić się kimś o konkretnych konturach, zamiast zwyczajnie sobą. A może doskonale to rozumiała, lecz celowo odwracała oczy w akcie sprzeciwu wobec sposobu, w jaki ludzie urządzali społeczeństwo. Dla niej temat roli społecznej był w zupełności zbędny. Nie poważała konceptu obowiązków wynikających z nazwiska, potrzeby zachowania prezencji, określenia swojej pozycji. Była tym, kim była. Wiedziała, kim jest, i nie opisywała swojej tożsamości żadną literową etykietą: nazwiskiem, tytułem czy rolą. Wierzyła w wartość tradycji, wiary i rodziny — nie salonowej gierki. Wszystko dlatego, że przeżyła w niej po ów dzień nigdy niedobita dziecięca wiara w to, że ona, Helloise, może w pojedynkę przeciwstawić się tej społecznej machinie i swoją obecność w świecie ustanowić na własnych zasadach. Bez sztucznych rozgraniczeń, bez konkretnych zobowiązań.
Milczała więc dłuższą chwilę, gdy Leviathan docisnął ją ku wyborowi, który budził w niej tak głęboko zakorzenioną niechęć. Skonfliktowana błądziła wzrokiem po jego twarzy; szukała wskazówek.
— Było mi tu zawsze dobrze — powiedziała wreszcie. — Bardzo dobrze. Miałam swoje miejsce, a teraz ono zniknęło. Nie mogę iść w stronę lasu. Musiałam wyjść w stronę ludzi, musiałam, bo nie było innej drogi. — Zacisnęła usta. Przez potulną łagodność przebiła się zwykła Helloise: ta nieprzejednana. Nie wroga Leviemu, ale zdeterminowana na swoje cele. — Chcę wrócić do Kniei. Sięgnę po wszystko, co pomoże mi utorować drogę. To nazwisko ma wartość wśród ludzi, a ludzi potrzebuję więcej. Jest Mulciber, który ma nasłuchiwać o widmach w Departamencie Tajemnic. To nie wystarczy. Byłam z nim u Yaxleyów i widziałam wszystkich tych ludzi… — I nie znosiła ich za to, jak bierni byli, zabawiając się po weselach, podczas gdy makabryczny kryzys toczył miejsce, które powinno być im bliskie. A żenił się przecież Greengrass. — Jeśli nazwisko będzie jedynym sposobem, żeby do któregoś z nich dotrzeć, użyję go. Tak samo jak nie będę się starać ukrywać, jeśli znajdę się między Śmierciożercami. Nie zamierzam słuchać bezczynnie gróźb i obelg od Lestrange’a i jemu podobnych. — I tak jak Levi wcześniej odpuścił, tak i ona zdobyła się w tamtej chwili na coś, czego wcześniej by nie brała pod uwagę w ślepym, niszczycielskim marszu po swoje: — Nie chcę niczyjej krzywdy. Jak mam to zrobić, żeby wam nie szkodzić?
Była zmęczona — nie tylko emocjami tego dnia, powikłaną chmarą krążących wokół niego myśli, ale i wszystkim, co działo się w ostatnich tygodniach. Nie chciała z Leviathanem walczyć ani występować przeciwko niemu. Wręcz przeciwnie: kusiło ją szukać w jego bliskości dalszego komfortu, znaleźć się jeszcze bliżej.
— O jakiej klątwie myślisz?
A czasem głupi miał, niestety, szczęście.
Przeprosiny Leviathana wybrzmiały niespodziewanie, bo Helloise przestała ich wypatrywać. Wiedziała, że nie przyszły mu łatwo, więc ceniła je wysoko. Poczuła wówczas ulgę i nadzieję, że oto na nowo rzucono między nich most prawdziwego porozumienia.
— Dziękuję — wyszeptała, rozmiękczona nie tylko słowami, ale i ustami odciśniętymi na jej nadgarstku. Dziękowała mu tym samym tonem, jakim dziękowała, gdy dawał jej w Nocy maskę przed pójściem do Ataraxii. Gdy poprosił, żeby byli tylko Draconisem i kobietą pod tą maską. Przyjęła wtedy jego wersję i grała posłusznie wyznaczoną przez niego rolę… zanim wszystko się skomplikowało. — Przepraszam, że to się tak skończyło. Wiem, że nie tego chciałeś — powiedziała nie bez nuty smutku, bo i ona jeszcze do niedawna nie rozważyłaby dla siebie takiej drogi; pławiła się swoją wygodną nieświadomością i życiem z dala od konfliktu. — Ale masz rację. Tę decyzję podjęłam ja i nie obwinię cię za nic, co przyjdzie po niej. Chciałam tylko, żebyś rozumiał, dlaczego tak się stało i nie winił mnie za to, że znalazłam się… tutaj.
Ona nie czuła, aby musiała wybrać. Helloise nigdy nie rozumiała konceptu tego, że dla świata należało jawić się kimś o konkretnych konturach, zamiast zwyczajnie sobą. A może doskonale to rozumiała, lecz celowo odwracała oczy w akcie sprzeciwu wobec sposobu, w jaki ludzie urządzali społeczeństwo. Dla niej temat roli społecznej był w zupełności zbędny. Nie poważała konceptu obowiązków wynikających z nazwiska, potrzeby zachowania prezencji, określenia swojej pozycji. Była tym, kim była. Wiedziała, kim jest, i nie opisywała swojej tożsamości żadną literową etykietą: nazwiskiem, tytułem czy rolą. Wierzyła w wartość tradycji, wiary i rodziny — nie salonowej gierki. Wszystko dlatego, że przeżyła w niej po ów dzień nigdy niedobita dziecięca wiara w to, że ona, Helloise, może w pojedynkę przeciwstawić się tej społecznej machinie i swoją obecność w świecie ustanowić na własnych zasadach. Bez sztucznych rozgraniczeń, bez konkretnych zobowiązań.
Milczała więc dłuższą chwilę, gdy Leviathan docisnął ją ku wyborowi, który budził w niej tak głęboko zakorzenioną niechęć. Skonfliktowana błądziła wzrokiem po jego twarzy; szukała wskazówek.
— Było mi tu zawsze dobrze — powiedziała wreszcie. — Bardzo dobrze. Miałam swoje miejsce, a teraz ono zniknęło. Nie mogę iść w stronę lasu. Musiałam wyjść w stronę ludzi, musiałam, bo nie było innej drogi. — Zacisnęła usta. Przez potulną łagodność przebiła się zwykła Helloise: ta nieprzejednana. Nie wroga Leviemu, ale zdeterminowana na swoje cele. — Chcę wrócić do Kniei. Sięgnę po wszystko, co pomoże mi utorować drogę. To nazwisko ma wartość wśród ludzi, a ludzi potrzebuję więcej. Jest Mulciber, który ma nasłuchiwać o widmach w Departamencie Tajemnic. To nie wystarczy. Byłam z nim u Yaxleyów i widziałam wszystkich tych ludzi… — I nie znosiła ich za to, jak bierni byli, zabawiając się po weselach, podczas gdy makabryczny kryzys toczył miejsce, które powinno być im bliskie. A żenił się przecież Greengrass. — Jeśli nazwisko będzie jedynym sposobem, żeby do któregoś z nich dotrzeć, użyję go. Tak samo jak nie będę się starać ukrywać, jeśli znajdę się między Śmierciożercami. Nie zamierzam słuchać bezczynnie gróźb i obelg od Lestrange’a i jemu podobnych. — I tak jak Levi wcześniej odpuścił, tak i ona zdobyła się w tamtej chwili na coś, czego wcześniej by nie brała pod uwagę w ślepym, niszczycielskim marszu po swoje: — Nie chcę niczyjej krzywdy. Jak mam to zrobić, żeby wam nie szkodzić?
Była zmęczona — nie tylko emocjami tego dnia, powikłaną chmarą krążących wokół niego myśli, ale i wszystkim, co działo się w ostatnich tygodniach. Nie chciała z Leviathanem walczyć ani występować przeciwko niemu. Wręcz przeciwnie: kusiło ją szukać w jego bliskości dalszego komfortu, znaleźć się jeszcze bliżej.
— O jakiej klątwie myślisz?
dotknij trawy