07.05.2026, 14:58 ✶
Jesienna herbata z niewielką wkładką rumu, którą zaserwowała mi Nora, zaczęła w końcu spełniać swoje zadanie, ciepło powoli rozchodziło się po moich skostniałych palcach, a potem wgłąb klatki piersiowej, rozluźniając napięte mięśnie karku i przynosząc dziwną, chwilową ulgę - sprawiała, iż trochę mniej przeklinałem w duchu ostatniego spóźnionego klienta, przez którego przez ostatnie godziny chłód wgryzał mi się pod płaszcz, oraz tę wilgotną, brytyjską mgłę, która od samego rana oblepiała wszystko dookoła i sprawiała, że świat za szybą stracił wszystkie barwy poza brudną szarością przechodzącą w najbardziej ponure odcienie czerni. Trzymałem kubek w dłoniach, pozwalając, by para zwilżała moją twarz, i obserwowałem Norę znad krawędzi naczynia. Za drzwiami lokalu wiatr szarpał gałęziami ogołoconych drzew, a ciemniejące, coraz bardziej stalowoszare niebo nad Londynem zapowiadało kolejny deszczowy wieczór, który groteskowo idealnie pasował do powodu mojej wizyty. Dla kogoś, kto spędził lata na wyciąganiu ludzi z bagien, w które sami weszli - lub w które ich wpychano - takie „drobne nieszczęścia” jak te, które przydarzały się tej kobiecie, rzadko bywały dziełem przypadku.
Miałem pewność, że staliśmy dokładnie w tym punkcie rozmowy, w którym najłatwiej byłoby wszystko zignorować i wrócić do wygodnego wytłumaczenia, że „tak już jest”, że „zawsze tak było”, że nie ma sensu się nad tym pochylać, skoro świat się od tego nie zawalił, mimo to, nie zamierzałem odpuścić przynajmniej tej jednej próby dojścia do sedna tego, co zaprzątało moje myśli już od ponad tygodnia. W głowie układałem odpowiedzi, poprawki, pytania, które cisnęły mi się na język, bo im więcej mówiła, tym wyraźniej widziałem, jak daleko byliśmy od siebie, praktycznie na dwóch różnych poziomach tej samej rozmowy - ona opowiadała o sobie tak, jak patrzyła na siebie od lat, ja próbowałem dopiero złożyć jej obraz z kilku spotkań, paru obserwacji i zawodowego instynktu, który rzadko kiedy pozwalał mi odpuścić coś, co nie pasowało do ogólnego obrazu. Nie znałem jej dobrze, to była pierwsza rzecz, którą musiałem mieć z tyłu głowy - kilka rozmów, kilka wizyt, kilka detali zapamiętanych mimochodem, to nie wystarczało, żeby stawiać twarde diagnozy, a jednak sprawiło, że coś mnie zatrzymało, zmusiło do powrotu, do napisania tamtego listu, do siedzenia teraz tutaj zamiast zająć się czymkolwiek innym, co powinno mieć wyższy priorytet. Cisza w lokalu, zamknięte drzwi, brak świadków, to wszystko działało na naszą korzyść, skinąłem lekko głową, kiedy wspomniała, że to dobry moment, bo z tym akurat nie zamierzałem się spierać, chociaż w głębi duszy już wiedziałem, że to nie będzie kwestia jednego pytania i jednej odpowiedzi.
Kiedy zapytała, czy potrzebuję czegoś konkretnego, by potwierdzić moje przypuszczenia, krótko pokręciłem głową i odstawiłem filiżankę na blat. Ceramiczny stukot o drewnianą powierzchnię wydał mi się nienaturalnie głośny w opustoszałej kawiarni.
- Potszebuję tylko twojej szczelości i chwili skupienia. - Odpowiedziałem, krzyżując ramiona na piersi. Nie zamierzałem niczego pospieszać, przeskakiwać od razu do działania, nawet jeśli zazwyczaj nie lubiłem czekać zbyt długo - wszystko w swoim czasie.
- Myślę, sze dopóki nie dojdziemy do niczego konkletnego, powinnaś się laszej maltwiś tym, sze nikt wcześniej nie zwlócił na to uwagi nisz samym ploblemem. - Dodałem spokojnie, ale też bez łagodzenia sensu tych słów - nie było w tym ani cienia wahania, ani próby ocieplenia przekazu, który mógł wypaść nawet dosyć brutalnie, zważywszy na to, co nim sugerowałem, jednak wiedziałem, że jeśli teraz odpuszczę, pozwolę jej to zbagatelizować, to później może nie być już okazji, by to naprawić. - Albo sze zwlócił i uznał, sze to nie jego splawa. - Pozwoliłem tej myśli wybrzmieć, zanim ruszyłem dalej, nie dokładając nic więcej przez krótką chwilę - chciałem, żeby poczuła wagę moich słów, ale nie zamierzałem jej przytłoczyć bardziej, niż było to konieczne, gdyż wiedziałem, że to nie było coś, co przyjmowało się od razu, bez oporu. Nie użyłem jeszcze żadnego konkretnego określenia, nie nazwałem tego wprost, ale kierunek był już jasny…
Zrobiłem krótką pauzę, ważąc słowa, nie chciałem brzmieć protekcjonalnie, ale jej pytanie o „normalną niezdarność” wymagało brutalnej, technicznej szczerości.
- „Nolmalność” to pojęcie względne w mojej blanszy. - Odparłem, krzywiąc się lekko, zastanawiając się, jak ująć to, co widziałem. Nie byłem krasomówcą, nie zamierzałem sypać z rękawa metaforami, gdy miałem bardziej konkretną robotę do wykonania, chociaż… Tym razem nie chodziło o fundamenty przeklętego budynku, a o fundamenty czyjegoś zaburzinego życia, co było trudniejsze i bardziej delikatne… Moja praca zazwyczaj polegała na czymś zupełnie innym, większość życia spędziłem, odczytując sygnatury magiczne wplecione w fundamenty starych budynków, neutralizując zabezpieczenia w grobowcach, wygaszając echa rytuałów odprawianych na terenach różnych lokacji czy zdejmując uroki z przedmiotów, które nigdy nie powinny trafić w ręce nieświadomych ludzi. Praca z ludźmi nie była moją główną domeną, gdyż byli oni dużo bardziej złożeni od miejsc czy przedmiotów, ale skoro mogłem zrobić cokolwiek, nie zamierzałem pozostawać ślepy i bierny. - Nie sugeluję, sze nie jesteś sobą albo bez tego byłabyś inna. W definicji, któlej szukasz - tak, jesteś zdlową na umyśle kobietą, któla plawdopodobnie lasi sobie lepiej, nisz powinna w tych okolicznościach. - Doprecyzowałem, widząc jej zmieszanie. - Sugeluję tylko, sze w całym szelegu cięszalów, z jakimi się mieszysz, plawdopodobnie dźwigasz coś, co nie naleszy do ciebie. - Spojrzałem jej prosto w oczy, starając się przekazać jej tyle pewności siebie, ile sam byłem w stanie w sobie wykrzesać, mimo że praca z „żywym materiałem” zawsze budziła we mnie pewien opór. - Czy jest to pszytłaczające? Jasne. Czy da się coś s tym zlobiś? Zawsze się da, o ile wiemy, s czym walczymy. Pytanie tylko, jak głęboko zapuściło koszenie i jaką cenę tszeba zapłaciś za wylwanie tego. - Przechyliłem lekko głowę, obserwując jej reakcję - Nora patrzyła na mnie z tą swoją mieszanką niepokoju i ufności, która sprawiała, że czułem się wyjątkowo nieswojo. Moja profesja rzadko wiązała się z zaufaniem, częściej z lękiem przed tym, co wyciągnę spod podłogi czy zza zakurzonego gobelinu, jej podejście było zatem bardzo nietypowe. - Mogę to splawdziś, ale nie wiem, czy nie okasze się to czymś, czego zdejmowaniem powinien się zająś ktoś mniej... Topolny niż ja. Jestem w tym fachu skuteczny, ale bywam… Ladykalny. - W innych okolicznościach zaryzykowałbym stwierdzenie, że to słowo nie mogło być dalsze od prawdy - nigdy nie byłem radykałem w powszechnym znaczeniu tego słowa - jednak teraz po prostu nie miałem lepszego określenia. - Istoty szywe nie są do końca moją specjalizacją. Na ogół zajmuję się czymś innym. - Uprzedziłem, nie zamierzając jeszcze wyprzedzać faktów i mówić o sobie czegoś więcej, chociaż spodziewałem się, iż mogła być ciekawa tego, czym się zazwyczaj zajmowałem. A zdecydowanie nie byli to ludzie. Eleonora nie była starym murem, który można było przebudować od nowa, była młodą kobietą, matką, córką i siostrą, i jeśli wolała wybrać do tego zadania kogoś, kto byłby delikatniejszy w obejściu, naprawdę nie miało to uderzyć w moje ego - byłem świadomy swoich potencjalnych ograniczeń.
Miałem pewność, że staliśmy dokładnie w tym punkcie rozmowy, w którym najłatwiej byłoby wszystko zignorować i wrócić do wygodnego wytłumaczenia, że „tak już jest”, że „zawsze tak było”, że nie ma sensu się nad tym pochylać, skoro świat się od tego nie zawalił, mimo to, nie zamierzałem odpuścić przynajmniej tej jednej próby dojścia do sedna tego, co zaprzątało moje myśli już od ponad tygodnia. W głowie układałem odpowiedzi, poprawki, pytania, które cisnęły mi się na język, bo im więcej mówiła, tym wyraźniej widziałem, jak daleko byliśmy od siebie, praktycznie na dwóch różnych poziomach tej samej rozmowy - ona opowiadała o sobie tak, jak patrzyła na siebie od lat, ja próbowałem dopiero złożyć jej obraz z kilku spotkań, paru obserwacji i zawodowego instynktu, który rzadko kiedy pozwalał mi odpuścić coś, co nie pasowało do ogólnego obrazu. Nie znałem jej dobrze, to była pierwsza rzecz, którą musiałem mieć z tyłu głowy - kilka rozmów, kilka wizyt, kilka detali zapamiętanych mimochodem, to nie wystarczało, żeby stawiać twarde diagnozy, a jednak sprawiło, że coś mnie zatrzymało, zmusiło do powrotu, do napisania tamtego listu, do siedzenia teraz tutaj zamiast zająć się czymkolwiek innym, co powinno mieć wyższy priorytet. Cisza w lokalu, zamknięte drzwi, brak świadków, to wszystko działało na naszą korzyść, skinąłem lekko głową, kiedy wspomniała, że to dobry moment, bo z tym akurat nie zamierzałem się spierać, chociaż w głębi duszy już wiedziałem, że to nie będzie kwestia jednego pytania i jednej odpowiedzi.
Kiedy zapytała, czy potrzebuję czegoś konkretnego, by potwierdzić moje przypuszczenia, krótko pokręciłem głową i odstawiłem filiżankę na blat. Ceramiczny stukot o drewnianą powierzchnię wydał mi się nienaturalnie głośny w opustoszałej kawiarni.
- Potszebuję tylko twojej szczelości i chwili skupienia. - Odpowiedziałem, krzyżując ramiona na piersi. Nie zamierzałem niczego pospieszać, przeskakiwać od razu do działania, nawet jeśli zazwyczaj nie lubiłem czekać zbyt długo - wszystko w swoim czasie.
- Myślę, sze dopóki nie dojdziemy do niczego konkletnego, powinnaś się laszej maltwiś tym, sze nikt wcześniej nie zwlócił na to uwagi nisz samym ploblemem. - Dodałem spokojnie, ale też bez łagodzenia sensu tych słów - nie było w tym ani cienia wahania, ani próby ocieplenia przekazu, który mógł wypaść nawet dosyć brutalnie, zważywszy na to, co nim sugerowałem, jednak wiedziałem, że jeśli teraz odpuszczę, pozwolę jej to zbagatelizować, to później może nie być już okazji, by to naprawić. - Albo sze zwlócił i uznał, sze to nie jego splawa. - Pozwoliłem tej myśli wybrzmieć, zanim ruszyłem dalej, nie dokładając nic więcej przez krótką chwilę - chciałem, żeby poczuła wagę moich słów, ale nie zamierzałem jej przytłoczyć bardziej, niż było to konieczne, gdyż wiedziałem, że to nie było coś, co przyjmowało się od razu, bez oporu. Nie użyłem jeszcze żadnego konkretnego określenia, nie nazwałem tego wprost, ale kierunek był już jasny…
Zrobiłem krótką pauzę, ważąc słowa, nie chciałem brzmieć protekcjonalnie, ale jej pytanie o „normalną niezdarność” wymagało brutalnej, technicznej szczerości.
- „Nolmalność” to pojęcie względne w mojej blanszy. - Odparłem, krzywiąc się lekko, zastanawiając się, jak ująć to, co widziałem. Nie byłem krasomówcą, nie zamierzałem sypać z rękawa metaforami, gdy miałem bardziej konkretną robotę do wykonania, chociaż… Tym razem nie chodziło o fundamenty przeklętego budynku, a o fundamenty czyjegoś zaburzinego życia, co było trudniejsze i bardziej delikatne… Moja praca zazwyczaj polegała na czymś zupełnie innym, większość życia spędziłem, odczytując sygnatury magiczne wplecione w fundamenty starych budynków, neutralizując zabezpieczenia w grobowcach, wygaszając echa rytuałów odprawianych na terenach różnych lokacji czy zdejmując uroki z przedmiotów, które nigdy nie powinny trafić w ręce nieświadomych ludzi. Praca z ludźmi nie była moją główną domeną, gdyż byli oni dużo bardziej złożeni od miejsc czy przedmiotów, ale skoro mogłem zrobić cokolwiek, nie zamierzałem pozostawać ślepy i bierny. - Nie sugeluję, sze nie jesteś sobą albo bez tego byłabyś inna. W definicji, któlej szukasz - tak, jesteś zdlową na umyśle kobietą, któla plawdopodobnie lasi sobie lepiej, nisz powinna w tych okolicznościach. - Doprecyzowałem, widząc jej zmieszanie. - Sugeluję tylko, sze w całym szelegu cięszalów, z jakimi się mieszysz, plawdopodobnie dźwigasz coś, co nie naleszy do ciebie. - Spojrzałem jej prosto w oczy, starając się przekazać jej tyle pewności siebie, ile sam byłem w stanie w sobie wykrzesać, mimo że praca z „żywym materiałem” zawsze budziła we mnie pewien opór. - Czy jest to pszytłaczające? Jasne. Czy da się coś s tym zlobiś? Zawsze się da, o ile wiemy, s czym walczymy. Pytanie tylko, jak głęboko zapuściło koszenie i jaką cenę tszeba zapłaciś za wylwanie tego. - Przechyliłem lekko głowę, obserwując jej reakcję - Nora patrzyła na mnie z tą swoją mieszanką niepokoju i ufności, która sprawiała, że czułem się wyjątkowo nieswojo. Moja profesja rzadko wiązała się z zaufaniem, częściej z lękiem przed tym, co wyciągnę spod podłogi czy zza zakurzonego gobelinu, jej podejście było zatem bardzo nietypowe. - Mogę to splawdziś, ale nie wiem, czy nie okasze się to czymś, czego zdejmowaniem powinien się zająś ktoś mniej... Topolny niż ja. Jestem w tym fachu skuteczny, ale bywam… Ladykalny. - W innych okolicznościach zaryzykowałbym stwierdzenie, że to słowo nie mogło być dalsze od prawdy - nigdy nie byłem radykałem w powszechnym znaczeniu tego słowa - jednak teraz po prostu nie miałem lepszego określenia. - Istoty szywe nie są do końca moją specjalizacją. Na ogół zajmuję się czymś innym. - Uprzedziłem, nie zamierzając jeszcze wyprzedzać faktów i mówić o sobie czegoś więcej, chociaż spodziewałem się, iż mogła być ciekawa tego, czym się zazwyczaj zajmowałem. A zdecydowanie nie byli to ludzie. Eleonora nie była starym murem, który można było przebudować od nowa, była młodą kobietą, matką, córką i siostrą, i jeśli wolała wybrać do tego zadania kogoś, kto byłby delikatniejszy w obejściu, naprawdę nie miało to uderzyć w moje ego - byłem świadomy swoich potencjalnych ograniczeń.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)