• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Pokój Życzeń Sny v
1 2 Dalej »
[15.09.1972] why are you staring | Prudence & Benjy

[15.09.1972] why are you staring | Prudence & Benjy
Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#8
07.05.2026, 21:47  ✶  
Uniósłszy się minimalnie, oparłem ciężar ciała bardziej na dłoniach niż na przedramionach, jak jeszcze chwilę wcześniej, rozglądając się wolno, bez gwałtowności, która mogłaby zdradzić cokolwiek komukolwiek, jeśli rzeczywiście ktoś nas obserwował. Absurd naszej sytuacji uderzył mnie z opóźnieniem, niemal rozbrajająco, bo jeszcze chwilę wcześniej rozważaliśmy coś tak banalnego, tak oderwanego od zachowywania czujności jak relaksowanie się przez pół dnia na dzikiej plaży pośrodku niczego, a teraz każdy szczegół otoczenia nagle nabierał znaczenia, każda plama cienia mogła kryć coś więcej, niż powinna. Linia brzegu po drugiej stronie zbiornika wodnego była pusta, trawy poruszały się leniwie, drzewa stały nieruchomo - jak to drzewa miały w zwyczaju, nawet w naszym świecie, szokujące - a jednak to wrażenie bycia obserwowanym nie znikało, wręcz przeciwnie, nabierało wyrazistości z każdą kolejną upływającą minutą. Przez ułamek sekundy poczułem to samo mrowienie na karku, które zwykle towarzyszyło mi podczas otwierania zapieczętowanych grobowców - sygnał, że właśnie przekroczyłem niewidzialną linię dzielącą rutynę od potencjalnego niebezpieczeństwa - lecz spróbowałem je od siebie odegnać, nie zrywając się z miejsca, tylko przesuwając spojrzeniem po linii lasu, leniwie, ale wolniej, bardziej metodycznie niż przedtem, tak jak robiłem to setki razy wcześniej. Wyglądało to naturalniej niż w przeszłości, zanim jeszcze nauczyłem się udawać, że nie szukam zagrożeń tam, gdzie inni widzą tylko krajobraz, lecz nie wątpiłem, iż towarzysząca mi Prue doskonale dostrzegła zmianę w moim podejściu - nie zamierzałem kryć przed nią, iż nie podobały mi się te dźwięki, zbyt dobrze wiedziałem, że jeśli ktoś za tobą chodził, to nie dlatego, że nie miał lepszych rzeczy do roboty.
Być może przy kimś innym nie pozwoliłbym sobie na okazanie tego szczątkowego zaniepokojenia, lecz Prudence zawsze była dla mnie pewnym odstępstwem od reguły - obecna w sposób, który nie pozwalał jej zignorować, nawet kiedy bardzo się starałem, a przecież próbowałem przez lata, zmieniając podejście, ton, dystans, wszystko, co tylko przyszło mi do głowy, byleby znaleźć formułę, która pozwoliłaby mi ją rozbroić albo przynajmniej przestać reagować na nią tak, jak reagowałem.
W tamtym momencie, przed laty, wraz z opuszczeniem murów szkoły i moim zniknięciem z radaru, wszystko wskazywało na to, że to koniec, że spaliliśmy most, który i tak ledwo się trzymał, i że nie było już do czego wracać… A jednak siedziałem teraz obok niej, nad jeziorem w miejscu, z którym wiązałem równie wiele wspomnień, co z naszą relacją, czując ciepło piasku pod dłońmi i jej obecność tuż obok, żywą, namacalną, lecz wyjątkową… Nie potrafiłem zignorować absurdalności tej sytuacji - nasze życie ułożyło się w sposób, który przeczył wszelkim przewidywaniom, zdarzenia splatały się w ciągi, których nie dało się zaplanować, i nagle znaleźliśmy się w tym samym punkcie, w tym samym czasie, bez jasnego powodu, bez gwarancji czegokolwiek. Wiedziałem, że to nie był stabilny grunt, nic nie zostało między nami rozwiązane do końca, przeszłość wciąż istniała, ciężka, pełna niedopowiedzeń i błędów, których nie dało się cofnąć, mimo to czułem coś, co było zaskakująco proste, niemal niewinne w swojej formie - byłem z nią szczęśliwy, w sposób, który nie domagał się analizy, który nie wymagał przyszłości jako gwarancji swojej wartości - to uczucie istniało tu i teraz, oparte na świadomości, że mogliśmy nie mieć już nic wspólnego, nasze drogi mogły się rozejść na dobre, a jednak los, czy przypadek, czy cokolwiek innego, postawił nas obok siebie jeszcze raz.
Prudence była dla mnie czymś, czego nie potrafiłem w pełni nazwać, i może właśnie dlatego nie chciałem tego robić - każda próba zdefiniowania tego, co nas łączyło, wydawała się zbyt ograniczająca, zbyt jednoznaczna wobec czegoś, co wymykało się prostym kategoriom, wiedziałem jednak, że rozumieliśmy się w sposób, który wykraczał poza powierzchowne porozumienie, poza zwykłe dopasowanie charakterów czy wspólne doświadczenia. Nie chodziło tylko o przyciąganie, chociaż było intensywne, obecne w każdym spojrzeniu, w choćby najbardziej nieznacznym ruchu, w napięciu, które unosiło się między nami i nie znikało nawet w ciszy. Chodziło o coś głębszego, trudniejszego do uchwycenia, o zdolność dostrzegania w sobie nawzajem rzeczy, które inni pomijali, o akceptację tego, co niewygodne, co nie zawsze było łatwe do przyjęcia. Bywałem dla niej trudny, momentami wręcz przytłaczający, i nie próbowałem tego już usprawiedliwiać - wiedziałem, że przekraczałem granice, moje zachowanie pozostawiło ślady, których nie dało się wymazać jednym gestem czy słowem, teraz jednak siedzieliśmy obok siebie jako ci sami, ale inni ludzie… Ci, którzy przeszli przez szereg trudności, popełniając kolejne błędy, by dojść do tego momentu, nauczywszy się dostrzegać konsekwencje swoich działań, nie szukając już wygranej w tej relacji, lecz równowagi…
Ta dzisiejsza równowaga nie utrzymała się jednak długo, chociaż przez krótką chwilę miałem wrażenie, że wreszcie znaleźliśmy punkt, w którym nic nie musiało być przesuwane ani sprawdzane, w którym wszystko układało się wystarczająco dobrze, by zostawić to w spokoju. Dzień był absurdalnie ciepły, niemal przesadny w swojej łagodności, światło rozlewało się po spokojnej wodzie, powietrze stało nieruchomo, ciężkie od ciszy, która nie domagała się żadnych słów, żadnych gestów, żadnych decyzji…  Powinniśmy byli po prostu trwać w tej chwili, pozwolić, żeby ten spokój zrobił swoje, przykrył to wszystko, co zwykle wychodziło na wierzch. Powinienem był powiedzieć jej, że skoro nie udało nam się pływać nago w jeziorze w świetle księżyca - co samo w sobie było pomysłem równie głupim, co kuszącym, po doświadczeniu z druzgotkami - zawsze mogliśmy nadrobić to w świetle słońca, w końcu byliśmy tu zupełnie sami, odcięci od świata w sposób, który wydawał się niemal zbyt wygodny, żeby był prawdziwy. Ta myśl była prosta, niemal oczywista, wpisująca się w to, kim byłem przez większą część życia, w tę wersję mnie, która nie bała się przesuwać granic i sprawdzać, co się stanie, jeśli zrobi krok dalej… Nie powiedziałem tego jednak, mając taką okazję, słowa zostały gdzieś w moim gardle, zatrzymane przez coś, czego nie potrafiłem od razu nazwać - coś, co pojawiło się szybciej niż myśl i głębiej niż odruch, rozchodząc się pod moją skórą cienką strużką napięcia. Dreszcz przeszedł mi wzdłuż kręgosłupa, nieprzyjemny w swojej precyzji, pozbawiony związku z temperaturą powietrza czy wodą, która pozostawała spokojna, niemal nieruchoma, odbijając niebo w sposób niemal zbyt doskonały, żeby nie budził podejrzeń. Ciepło dnia nie zniknęło, słońce nadal stało wysoko, jezioro wyglądało dokładnie tak samo, jak kilka minut wcześniej, a jednak coś zostało naruszone, przesunięte o ten jeden stopień, który zmieniał wszystko. Myśl o tym, co miałem powiedzieć, o tej lekkiej propozycji, która mogła skończyć się śmiechem albo czymś więcej, wydała mi się nagle odległa, niemal absurdalna w zestawieniu z tym, co wślizgnęło się między nas bez zaproszenia. Cisza, która jeszcze przed chwilą była komfortowa, zmieniła charakter, stała się gęstsza, cięższa, wypełniona czymś, co nie należało do tego miejsca ani do tego dnia, i chociaż wszystko wokół wyglądało dokładnie tak, jak powinno, wiedziałem, że coś zostało zakłócone, a my znaleźliśmy się w samym środku tej zmiany, bez jasnego powodu i bez prostszego wyjścia niż skonfrontowanie się z czymkolwiek, co na nas czekało.
Uśmiechnąłem się pod nosem, słysząc pytanie, było w nim coś znajomego, co powtarzało się między nami przez lata - ten specyficzny sposób podważania decyzji, które w rzeczywistości już zapadły, jakby sama forma rozmowy była równie ważna, co jej rezultat - w moim odczuciu rozsądek miał tu niewiele do powiedzenia, co zresztą nie było niczym nowym, bo gdybyśmy kierowali się wyłącznie nim, prawdopodobnie nigdy nie znaleźlibyśmy się w tym miejscu, siedząc obok siebie.
- Lozsądne? - Powtórzyłem, unosząc lekko brew, z cieniem rozbawienia, smakując to jedno słowo, które w moim przypadku rzadko kiedy miało cokolwiek wspólnego z rzeczywistością - zazwyczaj wybierałem uleganie impulsowi, co niejednokrotnie pchało mnie w sytuacje, których rozsądek raczej by nie pochwalał - wyszczerzyłem do niej zęby w uśmiechu, który sam w sobie był odpowiedzią, zanim jeszcze zdążyłem ubrać ją w słowa. Nie odpowiedziałem od razu na jej pytanie, bo odpowiedź była oczywista, dotyczyła nie rozsądku per se, tylko potrzeby upewnienia się, że to, co czuliśmy, nie było jedynie projekcją napięcia, które potrafiło pojawić się znikąd i równie szybko zniknąć, zostawiając po sobie ślad w postaci nieuzasadnionej czujności. Rozsądek podpowiadał, żeby zignorować to wrażenie, wrócić do półleżenia na kocu, pozwolić słońcu zrobić swoje i zamknąć cały temat w kategorii chwilowych zakłóceń, ale coś we mnie nie godziło się na tak proste rozwiązania, szczególnie wtedy, gdy w grę wchodziła ona. - Absolutnie nie. Dlatego właśnie powinniśmy to zlobiś. - Rzuciłem lekko, mój ton pozostał luźny, niemal zaczepny, chociaż pod spodem wcale taki nie byłem - coś, co na pewno nie było rozsądkiem, nadal trzymało mnie w ryzach, przypominając mi o tym nieprzyjemnym napięciu, które wciąż nie znikało, a jedynie przyczaiło się gdzieś pod powierzchnią. Podniosłem się zaraz po niej, bez zbędnego ociągania, jednym płynnym ruchem strzepując z dłoni resztki piasku, który jeszcze przed chwilą wydawał się czymś przyjemnym, sielskim, a teraz stał się detalem, który rejestrowałem tylko dlatego, że potrzebowałem to robić. Kiedy tylko stanąłem na nogach, złapałem ją za rękę, odruchowo, niemal bezmyślnie - to był jeden z tych gestów, które nie wymagały przemyślanej decyzji, wynikały bowiem z czegoś głębiej osadzonego niż świadoma intencja.
- Podoba mi się to podejście. - Odpowiedziałem, zerkając na nią kątem oka, zanim skierowałem wzrok z powrotem przed siebie. - Jest w nim coś balso… Wychowawczego. - Uśmiechnąłem się pod nosem, przesuwając spojrzeniem po linii drzew, która nagle przestała być tylko tłem dla całej tej idylli, a zaczęła przypominać granicę, za którą coś mogło się czaić, nawet jeśli wciąż nie mieliśmy na to żadnego konkretnego dowodu. Nie lubiłem pozostawiać takich spraw niedomkniętych, szczególnie wtedy, gdy chodziło o coś, co wzbudziło we mnie szereg różnych uczuć, emocji i mogło być powiązane z co najmniej garścią różnych scenariuszy.
Lekko przesunąłem kciukiem po dłoni Prudence, odruchowo, niemal nieświadomie, czując ciepło jej skóry, znajome w sposób, który wciąż mnie zaskakiwał, bo mimo wszystkiego, co było między nami, mimo tych wszystkich lat, w których robiliśmy wszystko, żeby się od siebie oddalić, ciało pamiętało rzeczy, których głowa nie chciała nazywać.
- Idziemy. - Kiwnąłem głową. W innym momencie pewnie pozwoliłbym sobie na jakiś komentarz, coś, co rozładowałoby sytuację, odwróciło uwagę od tego, co wisiało między nami i wokół nas, ale teraz nie było na to miejsca.
Ruszyłem pierwszy, ciągnąc ją za sobą tylko na tyle, żeby nadać nam kierunek, nie tempo, bo nie chodziło o to, żeby się spieszyć, raczej o to, żeby zachować kontrolę nad przestrzenią, którą mieliśmy zamiar przekroczyć. Piasek pod stopami ustąpił miejsca bardziej zbitej ziemi, kiedy zbliżyliśmy się do linii trawy, a potem do cienia rzucanego przez drzewa, który z tej perspektywy wydawał się chłodny i gęsty, niemal nieprzenikniony. Zwolniłem odruchowo, nieznacznie, na tyle, żeby móc lepiej przyjrzeć się otoczeniu, nie zatrzymując się całkowicie, bo bezruch w takich momentach bywał bardziej zdradliwy niż ruch. Każdy dźwięk nabierał tu innego znaczenia… Szelest liści, trzask gałązki pod butem, cichy odgłos czegoś, co mogło być zwierzęciem, a mogło być kimś, kto nie miał ochoty zostać zauważony… Słońce uderzało mnie prosto w kark, ostre i bezlitosne, a zadrzewione pasmo roślinności zaczęło nagle wydawać mi się czymś więcej niż tylko chwilowym schronieniem przed światłem, stało się swoistą linią graniczną, za którą krajobraz zmieniał swój charakter, mogąc skrywać znacznie więcej niż byliśmy w stanie sobie wyobrazić, nawet jeśli na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało tak samo…
Koniec sesji


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (4097), Prudence Fenwick (2329)




Wiadomości w tym wątku
[15.09.1972] why are you staring | Prudence & Benjy - przez Prudence Fenwick - 30.04.2026, 10:51
RE: [15.09.1972] why are you staring | Prudence & Benjy - przez Benjy Fenwick - 30.04.2026, 19:47
RE: [15.09.1972] why are you staring | Prudence & Benjy - przez Prudence Fenwick - 30.04.2026, 21:08
RE: [15.09.1972] why are you staring | Prudence & Benjy - przez Benjy Fenwick - 03.05.2026, 14:07
RE: [15.09.1972] why are you staring | Prudence & Benjy - przez Prudence Fenwick - 04.05.2026, 19:10
RE: [15.09.1972] why are you staring | Prudence & Benjy - przez Benjy Fenwick - 05.05.2026, 20:50
RE: [15.09.1972] why are you staring | Prudence & Benjy - przez Prudence Fenwick - 06.05.2026, 19:55
RE: [15.09.1972] why are you staring | Prudence & Benjy - przez Benjy Fenwick - 07.05.2026, 21:47

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa