08.05.2026, 02:07 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.05.2026, 02:30 przez Benjy Fenwick.)
1957
Słuchałem jej kątem ucha, idąc dwa i pół kroku przed nią, z rękami wsuniętymi niedbale w kieszenie i spojrzeniem wbitym w linię krzaków, która uparcie obiecywała coś więcej niż tylko cień i wilgoć. Nie byłem idiotą, doskonale wiedziałem, do czego dążyła Prue, gdy wypowiadała tamte słowa, i co jej wtedy przyświecało. Nie byłem również aż tak zadufany na własnym punkcie, zapewne wbrew żywionemu przez nią przekonaniu, by wmawiać sobie, iż wybranie akurat mnie na swojego kompana miało jakikolwiek związek z tym, że czuła się w mojej obecności odrobinę mniej… Cokolwiek - mniej samotna, mniej narażona na nienazwane niebezpieczeństwo mogące się czaić pośród leśnej gęstwiny, mniej pogrążona we własnych myślach - mniej mniej. Być może kiedyś bylibyśmy swoim pierwszym wyborem do przygody, lecz teraz „po prostu się napatoczyłem”, chociaż to ona prawie na mnie nadepnęła, a żadna inna alternatywa się tu nie znajdowała. „Napatoczenie”, tak, tak by to pewnie nazwała - choć może w trochę bardziej wyrafinowany sposób - jak zawsze, gdy coś ciskało nas na siebie, nie licząc się z naszymi opiniami.
Sprowokowała mnie za to już całkiem świadomie i dla zasady, nawet jeśli zrobiła to mimochodem - a może właśnie dlatego, bo czy tego chciałem, czy nie, pewnie oboje zdążyliśmy już zauważyć, że taka strategia i taka jej postawa wzbudzały we mnie szczególnie dużo zawziętości - i nie było opcji, żebym zostawił to bez reakcji, nie w tym momencie, nie z nią, nie przy duszącym upale, który tylko podkręcał wszystko do granic… Absurdu? Pot spływał mi powoli wzdłuż kręgosłupa, a powietrze było tak gęste, że każde wciągnięcie go do płuc wymagało odrobiny wysiłku, ale to tylko dokładało temu wszystkiemu tej intensywności, której potrzebowałem prawie tak samo, co możliwości zmoczenia się w jak najzimniejszej wodzie.
Nie - poszukiwanie źródła ochłody wcale nie było więc takie znowu absurdalne, w innych okolicznościach zaryzykowałbym stwierdzenie, że było całkiem rozsądnym posunięciem, tyle tylko, iż teraz towarzyszył mu bardzo energiczny, zdecydowanie nie pozbawiony drugiego dna marsz przez spieczone słońcem pole, przez który zdążyło mi się zrobić trochę zbyt gorąco. Okulary przeciwsłoneczne odrobinę ułatwiały orientowanie się w obranym kierunku, lecz pozbawienie się jedynego nakrycia głowy nie było już zbyt mądre. Czy tego jednak żałowałem? Niekoniecznie. Nie byłem tu jedyną osobą, nawet jeśli mogłem sprawiać wrażenie kogoś, kto myślał wyłącznie o własnym, na szczęście nie czerwonym, nosie. Nie chciałem, by towarzysząca mi dziewczyna sparzyła się czymś więcej, niż tylko słowami - mimo wszystkich naszych spięć i starć, nie potrafiłem spoglądać na nią z całkowitą antypatią, nie, gdy dzieliliśmy ze sobą fragment skrzętnie maskowanej historii, odbywając wcześniej podobne, lecz dużo przyjemniejsze, wędrówki po szkolnych błoniach czy ścieżkach prowadzących do Hogsmeade. Nie dało się o tym całkowicie zapomnieć, nawet jeśli często tego chciałem.
Nie zwolniłem ani na moment, kiedy usłyszałem jej odpowiedź, przeciwnie, przyspieszyłem odrobinę, bardziej z przekory niż z potrzeby znalezienia się szybciej pod osłoną drzew, przecinając kolejne pasma trawy, które uginały się pod naporem ciężaru mojego ciała, częściowo uginając się pod butami, częściowo wracając na swoje miejsce zaraz po tym, jak je minąłem. Uśmiech sam wkradł mi się usta, krótki, podszyty przyjemnością, którą dawało mi wciąganie Prudence dalej, niż planowała, sprawdzanie, gdzie postawi granicę i czy w ogóle ją postawi.
- Wycofasz się? - Powtórzyłem z wyraźną nutą niedowierzania, skręcając lekko głowę, żeby rzucić jej krótkie spojrzenie przez ramię. - Nie brzmi to jak ty, Bletchley. Poza tym nie doceniasz kąpieli w błocie. A bagna nie wysychają w jeden cieplejszy dzień. - Dodałem, już bardziej dla zasady, bo nigdy się w nim celowo nie taplałem i raczej nie zamierzałem tego zmieniać - no, o ile nie byłoby to elementem jakiegoś zakładu, do którego wcale nie było nam przecież aż tak daleko… Nie teraz, nie nigdy, ta sytuacja była idealnym przykładem tego, iż zawsze wychodziło nam udowadnianie sobie racji.
Zrobiłem jeszcze kilka kroków w stronę krzaków, celowo nie zatrzymując się w miejscu, bo wiedziałem, że każde takie drobne przyspieszenie działało na nią bardziej niż bezpośrednia zaczepka, gdyż zmuszało ją do podjęcia decyzji, zamiast pozwalać jej tkwić w tej wygodnej półprzestrzeni między „chcę” a „nie powinnam”. Na jej kolejne słowa uniosłem lekko brew, mój uśmiech pogłębił się sam, bez większego udziału woli.
- Zachowuj twarz, nie zachowuj twarzy, naprawdę nie robi mi to różnicy. - Zatrzymałem się tylko na tyle, żeby odgarnąć gałąź, która wyrosła mi tuż przed nosem, i spojrzałem w końcu na Prudence, mierząc ją krótkim, ostrym spojrzeniem, które miało w sobie więcej zaczepki niż zainteresowania, choć w przypadku Sunny jedno z drugim i tak zawsze mieszało się u mnie bez większego porządku. Wzruszyłem ramieniem, wchodząc już między pierwsze krzaki, które nie wyglądały ani trochę zachęcająco, a jednak obiecywały coś po drugiej stronie, co - wedle mojej żelaznej logiki - było dostateczną zachętą, by wleźć prosto w nie. Cień uderzył we mnie od razu, cięższy, chłodniejszy, przynosząc ulgę, która była niemal natychmiastowa, choć podszyta zapachem wilgoci i ziemi. - Ale jeśli zawrócisz pierwsza, zapamiętam. Czy tego chcesz, czy nie, mam doskonałą pamięć do kompromitujących szczegółów. - Nie czekałem na ripostę, bo znałem je wszystkie, przynajmniej w teorii, zamiast tego ruszyłem dalej, głębiej między zarośla, w ten nagły chłód, tak bardzo kontrastujący ze skąpaną w słońcu kwietną łąką.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)