10.05.2026, 13:22 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.06.2026, 10:37 przez Robert Albert Crouch.)
Szerokim uśmiechem powitał Lanę Dolohov, miłą dziewczynę o łagodnym temperamencie. Pamiętał sprawę spadku po jej matce, w gruncie rzeczy nietrudną z punktu widzenia praktyki prawniczej. Ot wystarczyło kilka dobrze sporządzonych dokumentów, a także słowa otuchy po stracie. Kilka razy Robert spotkał jej matkę, kojarzył jej trudny charakter połączony z wyrazistą, dojrzałą urodą. Biedne dziewczę… Spalona Noc również bardzo ją zraniła. Skłonił się jej jednak grzecznie, jakby znali się jedynie z przyjęć londyńskiej czystokrwistej socjety.
Chwycił za pióro i złożył zamaszysty, sędziowski podpis. Już miał odpowiedzieć Anthony'emu, gdy do Dziurawego Kotła wkroczył ideał w jednostkę wcielony. Najpierw Robert ujrzał sylwetkę, jakby z innej epoki. Dżentelmen szedł do nich, postukując o ziemię zdobioną laską. Potem światło dotarło do jego twarzy i sędziemu objawił się najbardziej urodziwy mężczyzna, jakiego kiedykolwiek było mu dane oglądać. To blade, srebrne lico, to wypisane na twarzy doświadczenie, te przenikliwe oczy, ciemne jak obsydian, przebijające człowieka na wylot. Podkręcony wąs, ponadczasowo elegancki i usta kryjące się pod nim. I to ciało… na bogów wszechmogących, szerokie ramiona, dłonie wyłaniające się spod rękawiczek, sylwetka nieprzykryta przez płaszcz, lecz przezeń podkreślona.
Robert nie znał wcześniej tego jegomościa. Podejrzewał, że to ów Delacour, mecenas, przyjaciel Anthony'ego. Nie spodziewał się jednak ujrzeć tak niesamowicie urodziwego mężczyzny. Nie dało się ocenić jego wieku. Mógł mieć trzydzieści-czterdzieści lub nawet pięćdziesiąt lat. A jednak ta bladość… przypominała mu pewnego mężczyznę poznanego na polu golfowym. Czy to możliwe…?
— Pan mecenas Delacour, jak mniemam? — odezwał się Robert. — Rzuciłem okiem na tę umowę. Doskonała robota — skomplementował go, nie mogąc oderwać wzroku od diablo przystojnej twarzy prawnika. — Pan również wesprze to chwalebne przedsięwzięcie naszego wspólnego przyjaciela? Och, zresztą gdzie moje maniery? Robert Albert Crouch, do pańskich usług — ostatnie słowa w jego mniemaniu zabrzmiały dość dwuznacznie. Wyciągnął jednak rękę do Delacoura.
Chwycił za pióro i złożył zamaszysty, sędziowski podpis. Już miał odpowiedzieć Anthony'emu, gdy do Dziurawego Kotła wkroczył ideał w jednostkę wcielony. Najpierw Robert ujrzał sylwetkę, jakby z innej epoki. Dżentelmen szedł do nich, postukując o ziemię zdobioną laską. Potem światło dotarło do jego twarzy i sędziemu objawił się najbardziej urodziwy mężczyzna, jakiego kiedykolwiek było mu dane oglądać. To blade, srebrne lico, to wypisane na twarzy doświadczenie, te przenikliwe oczy, ciemne jak obsydian, przebijające człowieka na wylot. Podkręcony wąs, ponadczasowo elegancki i usta kryjące się pod nim. I to ciało… na bogów wszechmogących, szerokie ramiona, dłonie wyłaniające się spod rękawiczek, sylwetka nieprzykryta przez płaszcz, lecz przezeń podkreślona.
Robert nie znał wcześniej tego jegomościa. Podejrzewał, że to ów Delacour, mecenas, przyjaciel Anthony'ego. Nie spodziewał się jednak ujrzeć tak niesamowicie urodziwego mężczyzny. Nie dało się ocenić jego wieku. Mógł mieć trzydzieści-czterdzieści lub nawet pięćdziesiąt lat. A jednak ta bladość… przypominała mu pewnego mężczyznę poznanego na polu golfowym. Czy to możliwe…?
— Pan mecenas Delacour, jak mniemam? — odezwał się Robert. — Rzuciłem okiem na tę umowę. Doskonała robota — skomplementował go, nie mogąc oderwać wzroku od diablo przystojnej twarzy prawnika. — Pan również wesprze to chwalebne przedsięwzięcie naszego wspólnego przyjaciela? Och, zresztą gdzie moje maniery? Robert Albert Crouch, do pańskich usług — ostatnie słowa w jego mniemaniu zabrzmiały dość dwuznacznie. Wyciągnął jednak rękę do Delacoura.
Vox populi
Królami świata rządzi dziś strach
Bo gubią się we własnych sidłach i grach
W walce o to, by wciąż zajmować sam szczyt
Budują mur, by ukryć ból swój i wstyd.
Królami świata rządzi dziś strach
Bo gubią się we własnych sidłach i grach
W walce o to, by wciąż zajmować sam szczyt
Budują mur, by ukryć ból swój i wstyd.