Pewnie ktoś inny nazwałby to czymś innym, na przykład bezruchem. Jakimś pejoratywnym określeniem, które prezentuje brak ruchu jako bezwolność i niechęć do rozwijania się. Larisa uważała, że niewiele było w niej do rozwinięcia, ale oprócz tego ta stałość zapewniała jej swoistą podporę. Znała ten bezruch, ten spokój i zwyczajnie czuła się w nim bezpiecznie. Na to jedno słowo, kąciki ust drgnęły nieznacznie, na moment wykrzywiając się ku górze by obdarowała męża delikatnym, mglistym uśmiechem, który zaraz rozpłynął się kiedy tylko zasłona opuściła jej dłonie.
Materiał prezentował się dokładnie tak samo jak poprzedni - ten, który teraz jej szczupłe dłonie powoli składały, by mogła schować je i odłożyć potem do prania - a mimo tego wnosił sobą świeżość do tych pociemniałych wnętrz. Przede wszystkim, nie snuł się za nim zapach spalenizny, który wciąż dało się gdzieniegdzie wyczuć na Carkitt Market. A teraz byli od niego całkowicie wolni.
- Dziękuję - odpowiedziała miękko, przyglądając się z uwagą, jak poprawia drabinę i przysposabia się do zajęcia lepszej pozycji. Runa była teraz jej największym zmartwieniem, a kiedy zniknie, wszystko mogło wrócić do właściwego sobie rytmu. Podczas gdy inni ogłaszali się i swoje warsztaty - na przykład taki Ollivander - oni nie próbowali nadkładać pracy czy prowadzić działalność charytatywną. Ktokolwiek mógł szukać ich pomocy po Spalonej Nocy, dokładnie wiedział gdzie ich szukać. - Jeśli tylko mogę być pomocą... - zapewniła go jeszcze, nawet jeśli słowa pozostały niedokończone. Zawsze gotowa była w jakikolwiek sposób wspomóc go, ale jednocześnie coś w tych słowach wskazywało na to, że w najlepszym możliwym scenariuszu - czyli tym najbardziej przez nią preferowanym - nie będzie musiała do tej runy w ogóle się już zbliżać.
Wreszcie poukładała do końca materiał, stanowiący wcześniej kotarę i odłożyła go na blat kontuaru. Kiedy będą opuszczać swój zakład, zabiorą go ze sobą, a w rodowej posiadłości zajmie się nim skrzat, pewnie tylko po to by po wyczyszczeniu znowu trafił do pudełka na długi czas.
- Niedługo czeka nas podróż, prawda? - zapytała wreszcie, zajmując miejsce na krześle i spoglądając na wspinającego się po drabinie męża. Podróż, która czekała ich oboje i sprawiała, że Larisa czuła się odrobinę niepewnie. Głównie dlatego, że wszystko będzie musiało zostać na głowie ich syna. - Przypomnisz mi proszę, jak długo ma nas nie być? - jakiś cień zmartwienia powoli rozkwitł na jej twarzy. Nie była to jednak troska, a coś ciemniejszego. Brak zaufania, który tkwił w niej od pamiętnego dnia.