12.05.2026, 01:04 ✶
1972
Do chwili, gdy zatrzymaliśmy się w miejscu, podświadomie pilnowałem konsekwentnie naszej pozycji względem siebie, wybierając drogę tak, żebym to ja pierwszy wchodził w każde zagęszczenie, w każdy cień, który mógł skrywać coś więcej niż tylko roślinność - to było całkowicie naturalne, w końcu to ja byłem tym, który zaproponował przekonanie się na własnej skórze, co tak naprawdę było tu nie tak. A było wiele… Nawet pozornie nieszkodliwa cisza panująca wokół nas wydawała się za czysta, zbyt kompletna, gęsta i wszechobecna, pozbawiona nawet tych drobnych zakłóceń, które powinny istnieć w lesie. Nie było subtelnych dźwięków, które zwykle tworzyły coś w rodzaju leśnego tła - może słyszalnego na pograniczu świadomości i w dużej mierze umykającego zmysłom, lecz będącego integralną częścią obcowania z dziką przyrodą, dla którego zwykle w ogóle szło się na spacer - towarzyszyła nam głęboka pustka, nienaturalna wyrwa w materii rzeczywistości, która rzadko kiedy pojawiała się sama z siebie. Właśnie to działało mi najbardziej na nerwy - nie obecność czegoś konkretnego, tylko brak wszystkiego innego.Ani odrobinę nie pocieszało mnie przy tym, że nie byłem tu sam, zdany wyłącznie na siebie, nawet jeśli jednocześnie nie mogłem pomyśleć o nikim innym, z kim chciałbym w takiej chwili jak ta znaleźć się w podobnym miejscu, gdyż we dwoje mogliśmy dostrzec i zdziałać zdecydowanie więcej. Chociaż wiele nas różniło, niektóre z tych pozornych dysproporcji, gdy podchodziliśmy do nich we właściwy sposób, bez wątpienia działały na naszą korzyść - zwłaszcza teraz, kiedy wyjaśniliśmy sobie przeszłe punkty napięcia, wątpliwości i nieporozumienia.
Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, skupiając się na szczegółach, które mogły mieć znaczenie, na kierunku, z którego napływało to wrażenie bycia obserwowanym, na najmniejszych zmianach w układzie cieni… Przebiegłem wzrokiem po gęstwinie, wolno, metodycznie, nie szukając konkretnego kształtu, raczej wychwytując to, co nie pasowało do reszty - nic się nie ruszało, nie biło po oczach, ale to wcale nie było uspokajające - żaden nowy szczegół nie zwrócił mojej uwagi, jednak las nie reagował normalnie, cisza nie była zwykłą ciszą, tylko czymś, co tłumiło dźwięki zamiast je nieść, sprawiało, że każdy szelest ruchu wydawał się bardziej wyraźny niż powinien, jednocześnie ginąc szybciej, niż było to logiczne. Jeszcze chwilę temu świat był jasny, otwarty, nagrzany do granic przyjemności, lecz teraz powietrze stało się chłodne, ciężkie, jakby ktoś obniżył temperaturę o kilka stopni za mocno, zostawiając nas w miejscu, które nie pasowało do reszty krajobrazu. Dźwięki zniknęły niemal całkowicie, nie było ptaków, nie było szelestu drobnych stworzeń, tylko nasze oddechy, które nagle zaczęły brzmieć zbyt głośno…
- Fantastycznie. Czyli mamy anonimowego wielbiciela. - Mruknąłem pod nosem, z cieniem ironii, który pojawił się niemal automatycznie, nie wydawało mi się, bym musiał dodawać coś więcej - ja też byłem przekonany o tym, iż właśnie straciliśmy upragnioną prywatność na rzecz stania się czyimś fascynującym widokiem. Byliśmy tu wspólnie, spędzaliśmy ten dzień we dwoje, może niezupełnie tak jak za starych, dobrych czasów, bo w naszym kontekście trudno byłoby wskazać jakieś całkowicie miłe wspomnienia - poza garstką z bardzo odległych czasów, rzecz jasna - praktycznie takich nie mieliśmy, i gdy wreszcie mogliśmy jakieś stworzyć…
Świetnie, naprawdę świetnie, mieliśmy siedzieć nad jeziorem, wygrzewać się w słońcu, całować się bez pośpiechu, może pozwolić sobie na coś więcej, coś głupio prostego i przyjemnego, co nie wymagało czujności ani kalkulacji, więc - oczywiście - zamiast tego staliśmy w środku cholernie podejrzanego lasu, pod czyimś spojrzeniem, którego nie potrafiłem nawet namierzyć.
- Ja pieldolę… - Syknąłem ciszej, już bez wcześniejszej wyluzowanej maski, bez lekkiego tonu, bardziej do siebie niż do niej, ale wystarczająco wyraźnie, żeby usłyszała mój komentarz. - Mieliśmy się tu po plostu… - Urwałem na moment, krzywiąc się lekko, bo słowa, które przyszły mi do głowy, były zbyt absurdalne w zestawieniu z tym, gdzie właśnie staliśmy i co robiliśmy. - Spędziś tu, kulwa, czas. Sami.
To, co dodała odnośnie swoich odczuć, w zupełności wystarczyło, żebym mógł poskładać w głowie tych kilka rzeczy, jakie wcześniej zbyłem, potraktowawszy je jako zbieg okoliczności, który dało się wytłumaczyć zmęczeniem, światłem, paranoją, moim własnym napięciem... Teraz układało się to w ciąg, który nagle przestawał być wygodny, „nie pierwszy raz” wybrzmiało wyraźniej niż reszta, bo jeśli oboje mieliśmy wrażenie, iż nie zaczęło się to przed chwilą… Zacisnąłem lekko szczękę, zdecydowanie bardziej w wyniku narastającej irytacji niż z lękliwego napięcia, to nie był moment na panikę, tylko na w miarę chłodne myślenie, nawet jeśli sytuacja zaczynała wyglądać coraz mniej komfortowo.
- Ja tesz. - Przyznałem krótko, bez owijania w bawełnę, bez próby rozbrojenia tego żartem. - Nie od telas. Nad wodą. I lano. Wcześniej. - Skoro obiecaliśmy sobie szczerość, nie zamierzałem tego zachowywać dla siebie, szczególnie że mogło mieć to jakieś głębsze znaczenie. Jakie? Trudno było stwierdzić, skoro nic się jeszcze nie wydarzyło. Zrobiłem krok w stronę gęstszych krzaków, bo cofanie się teraz oznaczałoby przyznanie, że to coś miało nad nami przewagę, a na to nie miałem zamiaru pozwolić.
- No, dalej. Wiesz, sze im dłuszej tam siedzisz, tym goszej to dla ciebie wygląda, plawda? Skolo jusz wiemy, sze tu jesteś - odezwałem się nagle, głośniej, wyraźnie, bez śladu zawahania, kierując słowa w przestrzeń przed nami - to ten moment, w któlym wychodzisz sam, czy mam uznaś, sze potszebujesz pomocy, szeby podjąś decyzję? - Nie do końca wiedziałem, na co tak naprawdę liczyłem, lecz z pewnością warto było się przekonać - co nie?
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)