Przeklęty Louvain może i posiadał jakieś niepodważalne argumenty, a może zwyczajnie miał szczęście i Leviathan stawiał na to drugie. Ciężko było mu sobie wyobrazić, co takiego Lestrange wnosił oprócz pewności siebie i grubego portfela, ale nie było to chyba jego do roztrząsania. Na jej słowa o rozbrajaniu się, potarł skronie z jakimś bólem wymalowanym na twarzy, bo brzmiało to zwyczajnie głupio, a przynajmniej nierozsądnie. Ale może na tym polegał jego urok; pokazywał się innym w gorszym świetle, tylko po to by poczuli się przy nim pewniej i przez to mu zaufali.
- Niech więc się pogrąża - podsumował, bo scenariusz kiedy mężczyzna sam sprowadzał na siebie gniew każdego kolejnego czarodzieja, wydawał się najlepszym możliwym obrotem spraw. Przynajmniej najmniej wymagającym dla samego Rowle'a bo jakby nie patrzeć, nawet jeśli chciał żeby Lou zapłacił za swoje wyskoki, chciał na ten gniew poświęcić jak najmniej czasu.
- Teraz rozumiem - powiedział cicho. Przynajmniej chciał rozumieć. Nie były to decyzje, które podjąłby sam, ale może w tym tkwił cały czas ludzi, że mało między nimi takich samych jednostek. Cała ta sytuacja była jedną wielką serią pomyłek; jego, jej, ale i osoby która podzieliła ich jednoznacznie dzisiejszego dnia. Wydawało mu się chyba nawet, że wszystkie trzy osoby tego dramatu, były dokładnie tym co szarpało samą Helloise. Ona sama była swoja chatką i zielenią. Leviathan jawił się jako rodzina i obowiązek wobec niej, a Lestrange był całym światem, gotowym oceniać ją na swój sposób i rzucać jej kłody pod nogi.
- A więc korzystaj z ludzi - zawyrokował, chociaż odrobinę skrzywił się na wspomnienie Mulcibera. Kolejny niewygodny człowiek, który wydawał się stawać wobec tego co reprezentowało słowo rodzina. Nikt, kto szanował jej wartości nie zachowywał się w taki sposób. - Korzystaj z nazwiska i ze swojej chatki. A może wreszcie wrócisz do swojej Kniei. Liczę na to, naprawdę, bo wiem że w niej było ci zawsze najlepiej - pośród zieleni traw i słuchając szeptów które wypowiadały do niej drzewa. Pewnie czułby się dokładnie tak samo zraniony jak ona, gdyby to w Snowdonii zalęgło się podobne zło. - Jeśli będziesz czegoś ode mnie potrzebować, w związku z nimi - śmierciożercami, znaczy. - Zawsze ci pomogę. A co robić by nie szkodzić? Obawiam się, że jedynym wymogiem jest by nikt niepowołany nie dowiedział się o tych sympatiach - znaczyło to mniej więcej tyle, że nie mogła zwyczajnie rozmawiać o tym z kimkolwiek, aczkolwiek też nigdy nie posądzałby jej o coś takiego.
- Pasowałaby mu gorączka krwi, ale to choroba. Ale coś co pobudzałoby go tak samo i bezwarunkowo?
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast