13.05.2026, 23:26 ✶
1957
Nie zatrzymałem się, nie zwolniłem bardziej, niż było to absolutnie konieczne, utrzymując tempo, które wymagało od niej wysiłku, ale nie przekraczało granicy, za którą przestałaby iść, bo w tym właśnie tkwił cały sens naszej rywalizacji - to była ta cienka linia, na której od kilku lat balansowałem, oczywiście, bez większego wysiłku, ponieważ wiedziałem, że gdybym przesadził, cała zabawa przestałaby być zabawna. Nie chodziło przecież o to, aby doprowadzić Prudence do momentu, w którym postanowiłaby się całkowicie wycofać, nie chciałem tak naprawdę, by traktowała mnie jak kogoś, kto dążył po trupach do celu - lubiłem wygrywać, jasna sprawa, jednak sama gra również sprawiała mi satysfakcję. Z niektórymi ludźmi nawet bardziej niż w przypadku innych…Chłód w lesie stawał się coraz bardziej wyczuwalny, nieprzyjemnie kontrastujący z wcześniejszym upałem, ale ignorowałem to, skupiony bardziej na niej niż na samej zmianie temperatury. Słuchałem jej uważnie, nawet jeśli z zewnątrz wyglądało to tak, jakbym ignorował połowę tego, co mówiła, idąc dalej swoim tempem i rozgarniając kolejne gałęzie bez większego wysiłku. Słyszałem w jej głosie tę pozorną zgodę, tę lekką kapitulację, która wcale nią nie była, i chociaż nie odwróciłem się od razu, uśmiech, który przemknął mi przez twarz, pojawił się szybciej, niż zdążyłem go powstrzymać - to, co mówiła, brzmiało jak przytaknięcie, a jednak niosło w sobie tyle zastrzeżeń, tyle niewypowiedzianych „ale”, że aż prosiło się o odpowiedź.
- Mhm. W końcu twoje opinie mają tę cudowną właściwość, że zawsze brzmią jak fakty - „nawet kiedy są tylko wygodną wersją rzeczywistości”, rzuciłem lekko, z pozorną zgodą, która była bardziej prowokacją niż ustępstwem. Szedłem dalej, nie zatrzymując się ani na moment, prowadząc nas przez coraz gęstsze zarośla, które wymagały już nie tylko uwagi, ale i pewnej dozy uporu, żeby przez nie przejść bez zbędnych potknięć. Utrzymywałem ten dystans, który pozwalał mi być pierwszy, rozsuwać gałęzie, brać na siebie to, co mogło okazać się mniej przyjemne, i robiłem to tak, żeby wyglądało na czysty przypadek, coś wynikającego z tempa, nie z intencji.
Las wokół nas zrobił się wyraźnie chłodniejszy, powietrze cięższe, a światło rzadsze, przytłumione i przefiltrowane przez gęste korony drzew, zwieszające się nisko nad naszymi głowami, które zaczynały się rozstępować dopiero gdzieś dalej. Słyszałem już wyraźniej wodę, ten charakterystyczny, rytmiczny szum niósł się między pniami, więc przyspieszyłem odrobinę, choć nie tak mocno, żeby zostawić ją całkiem w tyle - wbrew pozorom, nie byłem aż takim kawałem chuja, szczególnie wtedy, kiedy istniały dziesiątki, jeśli nie setki całkiem wygodnych odpowiedzi na „a dlaczego nie?”, mogło chodzić o Eliasa, o reakcję starych Bletchleyów, gdyby dowiedzieli się, że pozwoliłem, by coś zeżarło im córkę, o dobre imię mojej własnej rodziny, jeśli wyszłoby, iż porzuciłem koleżankę w krzakach… Ludzie wprost uwielbiali dopisywać sobie różne scenariusze - im bardziej skandaliczne, tym lepiej - a ja, nawet jeśli zazwyczaj nie miałem nic przeciwko dobrej sensacji i lubiłem wywoływać zgorszenie wśród świętojebliwych baranów, przecież nie chciałem być kopią tego konkretnego człowieka…
- Czyli jednak modlisz się warunkowo. - Zauważyłem lekko, odchylając głowę, by rzucić jej krótkie spojrzenie przez ramię. - To interesujące. Wiarołomna oportunistka brzmi znacznie lepiej niż ta rozsądna dziewczyna, którą próbujesz udawać. - To był najmniej komplementujący komplement, jaki pewnie się spodziewała usłyszeć, ale w tym momencie mówiłem prawdę. - Podwójna moralność to przydatna cecha, szkoda tylko, że ujawnia się tak wybiórczo. Uważaj, o co prosisz, Bletchley, bo możesz się zdziwić, kto pierwszy straci grunt pod nogami. - Nie zatrzymałem się, przeciwnie, ruszyłem dalej, jakby to było tylko luźne stwierdzenie, rzucone mimochodem, chociaż w rzeczywistości obserwowałem reakcję Prudence, nawet jeśli nie patrzyłem na nią bezpośrednio.
- Nie pamiętać niczego? - Powtórzyłem wolniej, jakbym rozważał tę opcję całkiem poważnie. - Brzmi kusząco, przyznaję. Zwłaszcza kiedy ma się wokół siebie ludzi, którzy tak chętnie przypominają rzeczy, o których równie dobrze można by zapomnieć. - Nie musiałem mówić, o kogo mi chodziło, szczególnie że ta osoba zaraz praktycznie sama prawie na mnie wpadła. Przez ułamek sekundy byliśmy zbyt blisko, ciało przy ciele, ciepło jej skóry kontrastowało z chłodem, który osiadł między drzewami - patrzyłem na nią z góry, nie poruszając się od razu, rejestrując to zawahanie, ten minimalny brak kontroli, który rzadko jej się zdarzał. Trudno było nie docenić ironii sytuacji. Kącik ust drgnął mi wyżej, wyraźniej, niż zamierzałem, kiedy cofnąłem się o ten jeden krok, wystarczający, żeby dać jej przestrzeń, ale nie na tyle duży, żeby całkiem ją od siebie odsunąć. Nie zareagowałem od razu, kiedy odpowiedziała na moje zarzuty, pozwalając, żeby jej słowa zawisły w powietrzu na ułamek sekundy dłużej, niż było to konieczne, zanim w końcu zerknąłem na nią, góra-dół, z tym samym półuśmiechem, który od lat działał jej na nerwy.
- Ja? Problematyczny? - Obdarzywszy ją spojrzeniem spod uniesionych brwi, lekko potrząsnąłem głową, wyraźnie akcentując to jedno słowo i ani przez chwilę nie ukrywając tego, iż smakowało lepiej niż powinno - bycie problemem, zwłaszcza dla kogoś, kogo po prostu lubiłem irytować i drażnić, nie stanowiło dla mnie ujmy, wręcz przeciwnie, byłem nader świadomy, że nie każdy potrafił wywoływać u niej bardzo konkretne reakcje, więc mogłem być z tego całkiem dumny. Oczywiście, nie zamierzałem przyznawać się do tego, ile wysiłku wkładałem czasem w doprowadzanie jej do furii, ale mogłem wziąć na siebie część odpowiedzialności. Tylko taki skromny fragment, tyci, malutki, bo przecież nie chodziło wyłącznie o mnie, chcąc nie chcąc, ona też mi wtórowała, nie była tu wyłącznie niewinną ofiarą mojego zachowania i nie mogła temu zaprzeczyć. - Prudence, jedynym powodem, dla którego jestem problemem, jest to, że nie robisz tego, co byłoby dla ciebie najprostsze. - Dodałem, praktycznie od razu, znacząco zezując w przestrzeń, w jakiej się znaleźliśmy, żeby przypadkiem nie pomyślała, iż cofnąłem swoje słowa - to ona była źródłem wszystkich komplikacji, ona i jej podejście do życia, ona i jej zachowania, ona i ta jej wiara w to, iż świat mógł być inny niż w rzeczywistości. Nawet wtedy, gdy mówiła „hierarchia”, nie brzmiało to dobrze, bardziej jak usilne próby powrotu w ramy, w których nigdy się nie mieściła - wiedziała to ona, wiedziałem ja, a jednak wciąż powtarzaliśmy te same kwestie, praktycznie do znudzenia. - To naprawdę nie jest skomplikowane… Ale rozumiem… Gdzie byłaby zabawa, gdybyś faktycznie wybrała najprostszą opcję. - Zakończyłem, przepuszczając ją przed siebie i tym razem odwracając dzielący nas wcześniej dystans do podążania dwa i pół kroku za nią, nawet jeśli strasznie się ślimaczyła. Całe szczęście, nie czekała nas długa droga, zaledwie chwilę później zatrzymaliśmy się na skraju polany, w miejscu, gdzie drzewa ustępowały miejsca otwartej przestrzeni. Przystając krok przed nią, przez chwilę patrzyłem na nieduże, nieregularnie ukształtowane jezioro, spokojne, niemal zbyt idealne, żeby było położone w takim miejscu jak zapomniana przez Merlina dzicz - powietrze było tu chłodniejsze niż wcześniej na łące, wyraźnie inne niż przez całą naszą wędrówkę przez las, ciepło-rześkie, sprawiało, iż moja skóra reagowała lekkim napięciem, które nie miało nic wspólnego z odbytym wysiłkiem.
- Więc? - Obróciłem się do Prue powoli, opierając się lekko o jeden z grubych, chropowatych pni, i pozwoliłem sobie na uśmiech, który tak bardzo ją irytował, a który pojawiał się zawsze wtedy, kiedy coś układało się dokładnie tak, jak chciałem. - Co dalej, Panno Odważna?
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)