14.05.2026, 16:27 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.05.2026, 08:28 przez Diana Mulciber.)
Pstrokata Patagonka wleciała przez boczne wejście, wprost w środek rozmawiających ze sobą Bellów — z pióropuszem sugerującym, że ostatnie kilka godzin spędziła w silnym bocznym wietrze. Patrzyła na zebranych z wyrazem mordki tak wdzięcznym i tak nieodparcie przyjaznym, że nie sposób było wydać z siebie entuzjastyczne "aww!".
Rzuciła list. Nie wręczyła — rzuciła do stóp Jimowi, którego ewidentnie namierzyła po kilkunastu sekundach papużego skupienia.
Ktokolwiek list napisał, napisał starannie, Litery małe, równe...konsekwentne. Ale widniały na nim również przekreślenia gęste jak ciernie, a atramentowe kropki skupiały się tam gdzie pióro za długo wahało się nad papierem. Być może tekst był efektem walki. Ale może nie była to walka przegrana, a wygrana. O tym mógł zadecydować już tylko adresat.
Wiesz, że nigdy do końca nie byłam pewna czy nie jesteś jedynie wytworem mojej wyobraźni?
Mam nadzieję, że ten list odnajdzie Cię całego i żywego. Jakiś ułamek mnie wzdrygał się już przy samej wizji... ta patologiczna hołota i jej parszywe ręce na tobie. Z tym, że... ten większy i gorszy ułamek, uznaje cierpienie Londynu za słuszne, piękne i zasłużone. Kiedyś nawet uznałam, że powinnam zamknąć Cię w jakimś ciemnym lochu, ale wtedy wpełzłabym do niego i ja, bo za nic nie potrafiłabym powiedzieć Ci nie. Ale ta kusząca wizja zawsze kończyła się w mojej głowie tak samo.
Widzisz, na linii rodowej mojej matki od wieków wisi przekleństwo, od którego nigdy nie byłam w stanie uciec. Od zawsze żył ze mną gadzi głos, którego nie mogłam się pozbyć. Trochę szeptał, potem gadał, z czasem zaczął wyć i wrzeszczeć, zabierając z powiek sen.
Odpowiadając na Twe myśli: dziedzictwa Slytherina nie przepędza się modlitwami i rytuałami. Dziedzictwo Slytherina trzeba pielęgnować, Slytherina trzeba karmić. To bardzo trudny, wewnętrzny głód, którego słowa nie są w stanie opisać. Mój wampirzy głód pragnął między innymi Ciebie, Jim.
Ach... nie, nie zrozumiesz. Tylko powiedz mi, dlaczego miałbyś zasłużyć na to pożarcie będąc kimś ode mnie o stokroć lepszym, Jim? Bo sam Salazar nie odpowiedział. Salazara interesuje tylko krew, ta Twoja plugawa, rozrzedzona i skażona krew. Ale przecież miałeś być tylko snem i jednym z wielu kaprysów pamięci...lecz Salazar wie i czuje jak prawdziwy jesteś.
Ponieważ domagał się ofiary, w akcie najwyższej hojności i szczodrości, podarowałam mu tę najczystszą i nieskalaną. Tak naprawdę to tylko dokończyłam to, co dokończyć powinnam była już dawno temu. Gdy o tym usłyszysz z gazet, nie żałuj mnie wcale, bo ja w sobie skruchy nie mam. Ani trochę.
Kiedyś, gdy z mojej pamięci wymarzą się już ostatnie usłyszane niegdyś słowa, rozmyję się w niebycie i w niebycie znajdę ukojenie. Może kiedyś mnie tam nawet ujrzysz, dryfującą i zapomnianą. Bo przecież jeśli Twój litościwy Bóg istnieje, to sprawiedliwie mnie osądzi. A może spłonę w tej całej Waszej wizji piekła. Tego z diabłami i płomieniami. Ale to już los dziwnie pobłażliwy, bo Twój ogień, choć palący, zawsze mimo wszystko dawał mi ciepło.
Tęsknię za tym czym nigdy nie byliśmy.
Ucieknij z kraju, gdzieś daleko, gdzie dadzą takim jak Ty spokój.
Śpij dobrze, Jim.
Ps. Pipi nie może już do mnie wrócić. Daj jej dom, odnajdzie się w cyrku. Zna póki co tylko trzy brzydkie słowa, ale chyba nauczy się też tych ładnych.
Ps2. Znalazłam to cicho skwierczące wśród popiołów.
Do listu dołączone było małe zawiniątko w szarawym płótnie, przewiązane sznurkiem.
Krzyż. Najprostszy jaki można było stworzyć. Nieduży, zmieścił się w dłoni. Drewno ciemne, niemal czarne, o ziarnistej fakturze zupełnie obcej tutejszym lasom.
Rzuciła list. Nie wręczyła — rzuciła do stóp Jimowi, którego ewidentnie namierzyła po kilkunastu sekundach papużego skupienia.
Ktokolwiek list napisał, napisał starannie, Litery małe, równe...konsekwentne. Ale widniały na nim również przekreślenia gęste jak ciernie, a atramentowe kropki skupiały się tam gdzie pióro za długo wahało się nad papierem. Być może tekst był efektem walki. Ale może nie była to walka przegrana, a wygrana. O tym mógł zadecydować już tylko adresat.
środek października 1972
JimWiesz, że nigdy do końca nie byłam pewna czy nie jesteś jedynie wytworem mojej wyobraźni?
Mam nadzieję, że ten list odnajdzie Cię całego i żywego. Jakiś ułamek mnie wzdrygał się już przy samej wizji... ta patologiczna hołota i jej parszywe ręce na tobie. Z tym, że... ten większy i gorszy ułamek, uznaje cierpienie Londynu za słuszne, piękne i zasłużone. Kiedyś nawet uznałam, że powinnam zamknąć Cię w jakimś ciemnym lochu, ale wtedy wpełzłabym do niego i ja, bo za nic nie potrafiłabym powiedzieć Ci nie. Ale ta kusząca wizja zawsze kończyła się w mojej głowie tak samo.
Widzisz, na linii rodowej mojej matki od wieków wisi przekleństwo, od którego nigdy nie byłam w stanie uciec. Od zawsze żył ze mną gadzi głos, którego nie mogłam się pozbyć. Trochę szeptał, potem gadał, z czasem zaczął wyć i wrzeszczeć, zabierając z powiek sen.
Odpowiadając na Twe myśli: dziedzictwa Slytherina nie przepędza się modlitwami i rytuałami. Dziedzictwo Slytherina trzeba pielęgnować, Slytherina trzeba karmić. To bardzo trudny, wewnętrzny głód, którego słowa nie są w stanie opisać. Mój wampirzy głód pragnął między innymi Ciebie, Jim.
Ach... nie, nie zrozumiesz. Tylko powiedz mi, dlaczego miałbyś zasłużyć na to pożarcie będąc kimś ode mnie o stokroć lepszym, Jim? Bo sam Salazar nie odpowiedział. Salazara interesuje tylko krew, ta Twoja plugawa, rozrzedzona i skażona krew. Ale przecież miałeś być tylko snem i jednym z wielu kaprysów pamięci...lecz Salazar wie i czuje jak prawdziwy jesteś.
Ponieważ domagał się ofiary, w akcie najwyższej hojności i szczodrości, podarowałam mu tę najczystszą i nieskalaną. Tak naprawdę to tylko dokończyłam to, co dokończyć powinnam była już dawno temu. Gdy o tym usłyszysz z gazet, nie żałuj mnie wcale, bo ja w sobie skruchy nie mam. Ani trochę.
Kiedyś, gdy z mojej pamięci wymarzą się już ostatnie usłyszane niegdyś słowa, rozmyję się w niebycie i w niebycie znajdę ukojenie. Może kiedyś mnie tam nawet ujrzysz, dryfującą i zapomnianą. Bo przecież jeśli Twój litościwy Bóg istnieje, to sprawiedliwie mnie osądzi. A może spłonę w tej całej Waszej wizji piekła. Tego z diabłami i płomieniami. Ale to już los dziwnie pobłażliwy, bo Twój ogień, choć palący, zawsze mimo wszystko dawał mi ciepło.
Tęsknię za tym czym nigdy nie byliśmy.
Ucieknij z kraju, gdzieś daleko, gdzie dadzą takim jak Ty spokój.
Śpij dobrze, Jim.
Ps. Pipi nie może już do mnie wrócić. Daj jej dom, odnajdzie się w cyrku. Zna póki co tylko trzy brzydkie słowa, ale chyba nauczy się też tych ładnych.
Ps2. Znalazłam to cicho skwierczące wśród popiołów.
Jakkolwiek w myślach mnie nazywałeś
tbdifjafio
Krzyż. Najprostszy jaki można było stworzyć. Nieduży, zmieścił się w dłoni. Drewno ciemne, niemal czarne, o ziarnistej fakturze zupełnie obcej tutejszym lasom.
Chwasty trzeba wyrywać.