16.05.2026, 20:20 ✶
Chciała wierzyć, że on rozumie i od teraz będą współpracować, zamiast odcinać się siebie nawzajem za chybione kroki. Każde z nich tyczyło własną ścieżkę, lecz mogli zyskać, wędrując przy sobie tam, gdzie była ku temu okazja. Ścieżka Helloise w tamtej chwili zaś skręciła ku Kromlechowi, gdzie od dawna już poruszał się Leviathan — bezpieczniej było zapuszczać się w nieznane znajomym tropem.
— Zawsze wiesz, gdzie mnie znajdziesz — odwzajemniła obietnicę, gdy zaoferował jej pomoc. Od lat niezmiennie krążyła wokół Kniei, jakby, mimo że wciąż żywa, zdążyła stać się zjawą tego lasu.
Louvain powrócił między nich w temacie klątwy. Przekleństwo nie było czymś, czego Helloise poszczędziłaby Lestrange’owi. Bez mrugnięcia okiem patrzyłaby, jak ów człowiek wypełnia się ogniem, który popchnie go do skoczenia w przepaść. Lecz patrzyła również na Leviathana — zawsze odwracała się na Leviathana. Stateczniejszego, ostrożniej poruszającego się po tym układzie, niemal w absolutnej ciszy — a jednak teraz proponującego jej coś, co mogło stać się zaczątkiem burzy. Nie tylko nad Louvainem, lecz również nad nimi.
Czasy, gdy Helloise rzucała się bezmyślnie w nieznaną otchłań dawno minęły. Otchłań wołała, lecz czarownica zaczęła rozglądać się na konsekwencje.
Przyciągnęła do siebie delikatnie ich dłonie wciąż złączone po tym, jak Leviathan ucałował jej nadgarstek, i złożyła jego rękę na swoich kolanach.
— Krew — powtórzyła w namyśle, skupiając się na śledzeniu koniuszkami palców żył ukrytych pod skórą na przedramieniu mężczyzny; przesuwała powoli rękaw jego szaty coraz wyżej. — Posmakowałam krwi Lestrange’a. To odstręczająca trucizna, zimna i gęsta. Taka gorąca smoła… to byłoby nic przyjemnego. — Wyłowiła z pamięci ciemną chatę tamtego wieczora i czarne krwawe usta, czarniejsze niż najmroczniejsza noc pod lasem. Wargi Louvaina błyszczały trucizną i być może tym był cały on: lśniącą ozdóbką zdolną wyłącznie do niszczenia. — Ledwo włączono mnie do tego czarnego szeregu, a ty już pierwszego dnia namawiasz mnie do buntu przeciwko jakiemuś liderowi. Czy to nie ja powinnam ciebie kusić? — Uśmiechnęła się do tej myśli. Spuściła palce w dół jego przedramienia, do nadgarstka, i znów pociągnęła je w górę, jakby próbując nadać nowy rytm sercu pompującemu krew w żyły Leviathana. — Chcemy go zaatakować, a dziś nie zdołaliśmy się nawet obronić. Potrafiłbyś mi obiecać, że obronimy się, kiedy ktoś, on czy jego pan, rozliczy nas z tej klątwy? — Nie chciała krzywdy Rowle'a. Nie ze swojego powodu. — Levi… ja nawet nie wiem jeszcze, przeciwko czemu bym występowała. Nie popełniajmy jego błędu, nie bijmy na ślepo. Zacznijmy od wypracowania dla nas, dla mnie, stabilnej pozycji. Potem przyjdzie czas zemstę.
— Zawsze wiesz, gdzie mnie znajdziesz — odwzajemniła obietnicę, gdy zaoferował jej pomoc. Od lat niezmiennie krążyła wokół Kniei, jakby, mimo że wciąż żywa, zdążyła stać się zjawą tego lasu.
Louvain powrócił między nich w temacie klątwy. Przekleństwo nie było czymś, czego Helloise poszczędziłaby Lestrange’owi. Bez mrugnięcia okiem patrzyłaby, jak ów człowiek wypełnia się ogniem, który popchnie go do skoczenia w przepaść. Lecz patrzyła również na Leviathana — zawsze odwracała się na Leviathana. Stateczniejszego, ostrożniej poruszającego się po tym układzie, niemal w absolutnej ciszy — a jednak teraz proponującego jej coś, co mogło stać się zaczątkiem burzy. Nie tylko nad Louvainem, lecz również nad nimi.
Czasy, gdy Helloise rzucała się bezmyślnie w nieznaną otchłań dawno minęły. Otchłań wołała, lecz czarownica zaczęła rozglądać się na konsekwencje.
Przyciągnęła do siebie delikatnie ich dłonie wciąż złączone po tym, jak Leviathan ucałował jej nadgarstek, i złożyła jego rękę na swoich kolanach.
— Krew — powtórzyła w namyśle, skupiając się na śledzeniu koniuszkami palców żył ukrytych pod skórą na przedramieniu mężczyzny; przesuwała powoli rękaw jego szaty coraz wyżej. — Posmakowałam krwi Lestrange’a. To odstręczająca trucizna, zimna i gęsta. Taka gorąca smoła… to byłoby nic przyjemnego. — Wyłowiła z pamięci ciemną chatę tamtego wieczora i czarne krwawe usta, czarniejsze niż najmroczniejsza noc pod lasem. Wargi Louvaina błyszczały trucizną i być może tym był cały on: lśniącą ozdóbką zdolną wyłącznie do niszczenia. — Ledwo włączono mnie do tego czarnego szeregu, a ty już pierwszego dnia namawiasz mnie do buntu przeciwko jakiemuś liderowi. Czy to nie ja powinnam ciebie kusić? — Uśmiechnęła się do tej myśli. Spuściła palce w dół jego przedramienia, do nadgarstka, i znów pociągnęła je w górę, jakby próbując nadać nowy rytm sercu pompującemu krew w żyły Leviathana. — Chcemy go zaatakować, a dziś nie zdołaliśmy się nawet obronić. Potrafiłbyś mi obiecać, że obronimy się, kiedy ktoś, on czy jego pan, rozliczy nas z tej klątwy? — Nie chciała krzywdy Rowle'a. Nie ze swojego powodu. — Levi… ja nawet nie wiem jeszcze, przeciwko czemu bym występowała. Nie popełniajmy jego błędu, nie bijmy na ślepo. Zacznijmy od wypracowania dla nas, dla mnie, stabilnej pozycji. Potem przyjdzie czas zemstę.
dotknij trawy