Nie tak łatwo było zmusić skrzata do tego, żeby nie pomagał, tym bardziej, gdy czuły, że muszą i że to ich obowiązek i tak samo było ze Strzałką, która nie chciała słyszeć o tym, że ma stać i patrzeć jak Longbottom w pojedynkę kuca i zbiera papier, nawet jeśli to ona je upuściła.
– S-strzałka po-pomoże, p-p-panienko – nie dawała za wygraną i część tych papierów podała Brennie sama, tworząc w teczce jeszcze większy bałagan.
Victoria nie miała rzecz jasna prawa wiedzieć, co właśnie działo się w głowie Brenny, ale miała oczy i widziała chociaż tyle, że coś jest nie do końca w porządku, tylko nie wiedziała co dokładnie. Z początku założyła, że jej przyjaciółka jest po prostu wykończona – zresztą jak oni wszyscy – a teraz jeszcze zamiast odpoczywać, to przychodziła do niej z papierami na temat sprawy, o której sama jej zawracała głowę… I trochę czuła wyrzutów sumienia, ale z drugiej strony ta cholerna pustynna mandragora mogła się im wszystkim jeszcze przydać.
– Tutaj? – Lestrange zmarszczyła lekko brwi i sama rozejrzała się po korytarzu, unosząc głowę i patrząc po ścianach i suficie w poszukiwaniu czegoś, czego zdecydowanie nie powinno tutaj być. – Hmm, nic tu chyba nie ma… Nie widziałam żadnych dziwnych rzeczy od miesiąca – znaczy od czasu poltergeista, który napsuł jej krwi bardzo mocno. – Strzałko, widziałaś tutaj coś?
– N-nie, panienko. S-strzałka nic nie w-widziała, ani n-nie s-słyszała o-odkąd tutaj j-j-jest – padło w odpowiedzi, a wielkie oczy skrzata patrzyły to na jedną, to na drugą.
– W porządku… Zrobisz nam dzbanek herbaty? – poprosiła, co spotkało się z kiwnięciem głowy i skrzatka domowa niemalże pobiegła do kuchni, a Victoria przyglądała się jeszcze chwilę Brennie. – Dægberht odwiedził mnie przedwczoraj, przyniósł mi syrop własnej roboty… Taki, po którym ma się zrobić milej, gdy będzie już zbyt trudno. Napijesz się go ze mną? – im wszystko było trudno, wszyscy byli zmęczeni… ale fakt faktem Victoria nie miewała omamów (a przynajmniej nie od kilku miesięcy). – Jadłaś coś? Poproszę Strzałkę, żeby nam coś przygotowała – chociaż tyle mogła zrobić, skoro Brenna po godzinach przychodziła do niej popracować nad kolejną sprawą. Sprawą, którą najwyraźniej zrzucono na nieopierzonych młodzików.
– Chodzi o to, że badaliśmy tę mandragorę w lipcu i już wtedy zachowywała się dziwacznie. Mocno niestandardowo – mówiła, gdy szły po schodach na piętro, bo prowadziła je do salonu, gdzie powinno być im zdecydowanie wygodniej. I gdzie właśnie urzędowały oba koty Victorii, a jakże. – A dokładniej to żerowała na innych roślinach i to bardzo dosłownie, Brenn. Urosła w ekspresowym tempie, zjadła rośliny, z którymi była znaleziona w magazynie OMSHM-u, atakowała ludzi… Pomijając, że była ogromna… tak naprawdę ogromna, o wiele za duża niż klasyczna mandragora jaką mieliśmy na zielarstwie. Była trzymana w takiej wysokiej na dwa metry tubie, Brenn... Podejrzewam, że tak urosła przez te dziwne anomalie związane z roślinami, ale to nie tłumaczy dlaczego w wielkiej tubie z ziemią były dwie sztuki zamiast jednej i jedna była zjadana… wchłaniana… przez drugą. Czuć było od niej coś, czego nie powinno tam być. Nie wiem czy to czarna magia, ale podejrzewam że przy sadzonce ktoś eksperymentował nekromancją, a może chodzi o coś jeszcze innego. No i tak gigantyczny okaz nie mógł tak po prostu sobie zniknąć. Nas zaatakowała podczas badania i to nie tylko swoim wrzaskiem – to nie był… nieszkodliwy okaz. Pomijając, co krzyk dorosłej mandragory mógł zrobić z człowiekiem, to to, jak się zachowywała, było bardzo alarmujące. I to było w lipcu, a dwa miesiące później? Jak duża była teraz?