18.05.2026, 19:20 ✶
Pokój wspólny Gryffindoru tonął w bursztynowym blasku późnego popołudnia. Ogień trzaskał w kominku ospale, a gdzieniegdzie rozlegały się urywane wybuchy śmiechu i prowadzone sprzeczki młodszych uczniów o zasady gry w gargulki. Jednocześnie dla młodego Gryfona wszystkie te odgłosy zlewały się w przytłumiony pomruk.
Napady… nie, naboje, nie, na Matkę, powstania goblinów z roku tysiąc siedemset osiemdziesiątego drugiego, pomyślał, kiedy pióro zastygło mu w dłoni w połowie słowa. Z końcówki gęsiego przyboru do pisania spłynęła ciężka kropla atramentu i rozlała się po pergaminie czarną, połyskującą plamą. Tego dnia nawet sama historia odmawiała posłuszeństwa ręce, która usiłowała ją spisać. Julian patrzył na nią z drętwieniem. Odnosił wrażenie, że obserwował własne życie, jak historię, której nikt nie pragnął poznać.
Pergamin wsparty był o wysłużony podręcznik historii magii, którym próbował się wspomagać. Litery natomiast rozmazywały mu się przed oczyma za każdym razem, gdy myśli powracały ku boisku za błoniami.
„Mugolski kundel.”
„Mieszańcy winni sprzątać sowiarnię, nie wałęsać się po zamku.” Były chwile, a ta była właśnie jedną z nich, kiedy Julian zastanawiał się, czy ci, którzy pluli na jego krew, nie mieli w gruncie rzeczy racji. Dotknął językiem wnętrza policzka. Poczuł metaliczny smak krwi. Śliwka pod okiem pulsowała tępym bólem ilekroć marszczył brwi, a że od obiadu pozostawał nieprzerwanie naburmuszony, negatywne myśli zdążyły już zakorzenić się w nim na dobre. Jeszcze ta rozcięta warga...
Gdy Aaron usiadł obok niego na kamiennej posadzce, na której próbował właśnie sklejać resztki własnej dumy, Juluś posłał mu swoje uparte spojrzenie. Początkowo słowa chłopaka nawet nie dotarły do niego od razu. Musiały przedrzeć się przez mur gniewu i upokorzenia, jaki wzniósł wokół siebie, jednakże gdy wreszcie już przeniknęły, przyniosły jedynie gorzką irytację. Atmosfera między nimi od obiadu była napięta. Aaron miał swoje racje. Julian miał swoje. Żaden nie zamierzał odpuścić.
— A co miałem zrobić? Stać grzecznie i przytakiwać, jak nazywają moją matkę zdechłą mugolką? — odpowiedział, kiedy spojrzał na swoje dłonie. Drżały mu, toteż palce zacisnął mocniej na grzbiecie książki.
Napady… nie, naboje, nie, na Matkę, powstania goblinów z roku tysiąc siedemset osiemdziesiątego drugiego, pomyślał, kiedy pióro zastygło mu w dłoni w połowie słowa. Z końcówki gęsiego przyboru do pisania spłynęła ciężka kropla atramentu i rozlała się po pergaminie czarną, połyskującą plamą. Tego dnia nawet sama historia odmawiała posłuszeństwa ręce, która usiłowała ją spisać. Julian patrzył na nią z drętwieniem. Odnosił wrażenie, że obserwował własne życie, jak historię, której nikt nie pragnął poznać.
Pergamin wsparty był o wysłużony podręcznik historii magii, którym próbował się wspomagać. Litery natomiast rozmazywały mu się przed oczyma za każdym razem, gdy myśli powracały ku boisku za błoniami.
„Mugolski kundel.”
„Mieszańcy winni sprzątać sowiarnię, nie wałęsać się po zamku.” Były chwile, a ta była właśnie jedną z nich, kiedy Julian zastanawiał się, czy ci, którzy pluli na jego krew, nie mieli w gruncie rzeczy racji. Dotknął językiem wnętrza policzka. Poczuł metaliczny smak krwi. Śliwka pod okiem pulsowała tępym bólem ilekroć marszczył brwi, a że od obiadu pozostawał nieprzerwanie naburmuszony, negatywne myśli zdążyły już zakorzenić się w nim na dobre. Jeszcze ta rozcięta warga...
Gdy Aaron usiadł obok niego na kamiennej posadzce, na której próbował właśnie sklejać resztki własnej dumy, Juluś posłał mu swoje uparte spojrzenie. Początkowo słowa chłopaka nawet nie dotarły do niego od razu. Musiały przedrzeć się przez mur gniewu i upokorzenia, jaki wzniósł wokół siebie, jednakże gdy wreszcie już przeniknęły, przyniosły jedynie gorzką irytację. Atmosfera między nimi od obiadu była napięta. Aaron miał swoje racje. Julian miał swoje. Żaden nie zamierzał odpuścić.
— A co miałem zrobić? Stać grzecznie i przytakiwać, jak nazywają moją matkę zdechłą mugolką? — odpowiedział, kiedy spojrzał na swoje dłonie. Drżały mu, toteż palce zacisnął mocniej na grzbiecie książki.
you've taken your rightful place
at the table of kings
at the table of kings