19.05.2026, 17:22 ✶
Widocznie niewystarczającym było, że przez całą noc przemierzał ulice Londynu w poszukiwaniu Hestii. Niewystarczającym okazało się i to, że o włos uszedł śmierci dręczony omamami słuchowymi, z których wyrwała go dopiero córka Aarona. Gdyby wówczas skonał, być może nawet jego najbliżsi nigdy nie dowiedzieliby się o losie, jaki go spotkał. Niewystarczające było również to, że zjawa najwyraźniej obrała go sobie za przedmiot szyderstwa.
Taki pożytek płynął z aurora, który ochronę własnej rodziny uczynił kwestią honoru. Był bezsilny. Zaklęcia zawodziły go jedno po drugim, rozsądek ustępował miejsca irracjonalnym myślom, a te prowadziły jedynie ku działaniom rozpaczliwym i daremnym. Musiał… musiał pozostawić wspaniałe wrażenie na córkach i żonie, prawda?
Jego spojrzenie zaostrzyło się, gdy Alice rzuciła się do ucieczki. Powątpiewał, żeby zjawa mogła wyrządzić im cielesną krzywdę, tak w tamtym momencie nie był skory wystawiać ich bezpieczeństwa na próbę. Niebawem wybiegła również Jolene.
Dom należało zabezpieczyć… miejsce zbrodni należało zbadać, poszukać śladów, których być może jeszcze nie pochłonął czas. Być może powróci tu później wraz z Hestią. Na tę chwilę musiał je stąd zabrać. Nie było tu bezpiecznie. Dokąd jednak mieli się udać? Do Warowni? Na ulice Nokturnu? A może do samego Ministerstwa? Któż mógł wiedzieć, czy i tam nie rozszalał się już chaos? Jakąż korzyść miało przynieść ponowne udanie się do Londynu?
— Zbieramy się — warknął szorstko rozgniewany na samego siebie. Pochwycił Hestię gwałtownie, nie bacząc nawet, czy nie ścisnął jej nazbyt mocno. Nie zamierzał dłużej kusić losu i zwlekać z bezpieczeństwem Jolene oraz dziewczynek. Zjawa zawyła przeciągle, gdy pociągnął najmłodszą córkę ze sobą. Znaleźli się przed zrujnowanym domem.
— Jolene, zabierz Alice. Hestio, trzymaj je przy sobie. Wszystkie chwyćcie się mnie — powiedział tonem, który nie dopuszczał sprzeciwu.
Taki pożytek płynął z aurora, który ochronę własnej rodziny uczynił kwestią honoru. Był bezsilny. Zaklęcia zawodziły go jedno po drugim, rozsądek ustępował miejsca irracjonalnym myślom, a te prowadziły jedynie ku działaniom rozpaczliwym i daremnym. Musiał… musiał pozostawić wspaniałe wrażenie na córkach i żonie, prawda?
Jego spojrzenie zaostrzyło się, gdy Alice rzuciła się do ucieczki. Powątpiewał, żeby zjawa mogła wyrządzić im cielesną krzywdę, tak w tamtym momencie nie był skory wystawiać ich bezpieczeństwa na próbę. Niebawem wybiegła również Jolene.
Dom należało zabezpieczyć… miejsce zbrodni należało zbadać, poszukać śladów, których być może jeszcze nie pochłonął czas. Być może powróci tu później wraz z Hestią. Na tę chwilę musiał je stąd zabrać. Nie było tu bezpiecznie. Dokąd jednak mieli się udać? Do Warowni? Na ulice Nokturnu? A może do samego Ministerstwa? Któż mógł wiedzieć, czy i tam nie rozszalał się już chaos? Jakąż korzyść miało przynieść ponowne udanie się do Londynu?
— Zbieramy się — warknął szorstko rozgniewany na samego siebie. Pochwycił Hestię gwałtownie, nie bacząc nawet, czy nie ścisnął jej nazbyt mocno. Nie zamierzał dłużej kusić losu i zwlekać z bezpieczeństwem Jolene oraz dziewczynek. Zjawa zawyła przeciągle, gdy pociągnął najmłodszą córkę ze sobą. Znaleźli się przed zrujnowanym domem.
— Jolene, zabierz Alice. Hestio, trzymaj je przy sobie. Wszystkie chwyćcie się mnie — powiedział tonem, który nie dopuszczał sprzeciwu.
you've taken your rightful place
at the table of kings
at the table of kings