– Ile ostatnio śpisz, Brenn? – zapytała, patrząc na przyjaciółkę z wyrazem współczucia, ale też pewnego zrozumienia. Sama nie sypiała zbyt dużo, była przemęczona, wszyscy byli prawdę powiedziawszy, a braki snu powodowały pewne przywidzenia… słuchowe, wzrokowe… taki tryb życia nie był dobry dla nikogo, ale też obecnie nie mieli za bardzo wyjścia. Może więc wypicie tej herbaty z kilkoma kroplami syropu od Berhta chociaż odrobinę trosk ściągnie z ich barków? Choćby na chwilę.
Fakt, Kwiatuszek tylko otworzył jedno, czujne oko, i łypnął na Brennę ze swojej doniczki, w której zwykle się mościł, po czym ziewnął przeciągle, za to Luna, jak zwykle rozpierana przez energię, gdy tylko zauważyła nowy element na horyzoncie, wystartowała ze swojego miejsca, gdzie drzemała i dwie sekundy później już się kręciła wokół nóg Brenny, domagając się całej atencji, jaką tylko mogłaby otrzymać. Mała czarna kulka nie potrzebowała wiele, by zacząć mruczeć i już chwilę później dawała ewidentne znaki, że najchętniej to by się pobawiła.
– Technicznie chyba tak… Pytanie kiedy ta mandragora zaginęła, bo jeśli to było już po Spalonej, no to może złodzieje wykorzystali jakiś chaos związany z tym, jak bardzo to dotknęło być może członków towarzystwa i tak dalej? Pani Abbott napisała mi o tym dlatego, że kilka dni temu przyszło mi do głowy, by może jakoś porównać wyniki badań nad mandragorą z tym co się dzieje u nas w ogrodzie… czekaj, pokażę ci, co mi napisała dokładnie – i z tymi słowami Victoria teleportowała do swojej sypialni, żeby zabrać stamtąd list od Mirabelli. Mniej-więcej w tym samym czasie pojawiła się też skrzatka z dzbankiem herbaty i w ciszy rozkładała filiżanki na stoliku. Chwilę później Victoria wróciła z kopertą*, którą wręczyła Brennie, rzuciła jakąś dzwoniącą kocią zabawkę-myszkę Lunie, która zerwała się z miejsca i za nią pognała, i postawiła na stoliku flakonik z syropem od Flinta. Sięgnęła po raport, który wcześniej przysunęła do niej Brenna i na moment zapadła cisza, gdy szybko przebiegła go wzrokiem.
– Trudno powiedzieć jak oni je w ogóle stamtąd wynieśli… Brenn, ta mandragora obudziła się jak tylko trochę wyciągnęliśmy ją z ziemi. Wrzask to jedno, ale ona ma też takie… witki… którymi jest w stanie bić dookoła i paraliżować ludzi – skrzywiła się na samo wspomnienie, bo transportowanie czegoś takiego nie było łatwe, a kradzież? – My je rozdzieliliśmy i siedziały potem w dwóch tubach, ale nie mam pojęcia skąd nagle wzięły się dwie, skoro jak przynieśli je do Towarzystwa, to była jedna. W każdym razie obie tuby są puste – więc technicznie to zaginęły dwie wielkie mandragory, a nie jedna, chociaż praktycznie nic to nie zmieniało, bo fakt pozostawał faktem. – Kto wie, może zdarzyło się tam coś drastycznego, wątpię, że były grzeczne – mruknęła. – Na pewno trzeba przejrzeć tamto miejsce. Wpuszczą nas, nie będą robić problemu.
* list od Mirabelli